Skip to content

Bębny i lampiony, czyli Hoi An nocą

Hoi An to jedno z moich ulubionych miejsc w Wietnamie. Malownicze miasteczko położone w centralnej części kraju nad rzeką Thu Bồn urzeka uliczkami zalanymi ciepłym światłem lampionów, leniwą rzeką, po której suną niewielkie łódeczki i zupą Cao Lầu, której można skosztować właściwie tylko tu, w prowincji Quảng Nam. Według przewodnika Hoi An tłumaczy się jako peacefull meeting place. Jako że przyjechaliśmy do miasteczka między innymi na Full Moon Festival, niełatwo było odnaleźć na ulicach wspomniany spokój, za to kolory, muzyka i zapachy atakowały z każdej strony, a meetingów było co nie miara.
Z powodu tego święta zmieniliśmy nieco plany, przyspieszając nasz przyjazd do Hoi An, co zresztą i tak było nieuniknione z powodu kiepskiej pogody na wcześniejszym odcinku trasy. Mowa o Full Moon Festival, święcie obchodzonym przez mieszkańców czternastego dnia każdego cyklu księżyca, czyli mniej więcej co miesiąc. Spędziliśmy w miasteczku cztery noce i, prawdę powiedziawszy, festiwal tak naprawdę rozpoczął się już wcześniej i rozciągnął się na kolejne wieczory – praktycznie przez cały nasz pobyt za każdym rogiem rozbrzmiewały bębny i dzwonki. Teraz, za każdym razem kiedy myślę o Hoi An, słyszę w głowie to rytmiczne dudnienie i jeśli chodzi o te bębny to mieliśmy naprawdę niezłego farta, bo jak się okazało, klasycznie co miesiąc na rzece puszczane są lampiony i na tym kończy się festiwal, natomiast akurat we wrześniu przypada najważniejsze święto księżyca w pełni spośród wszystkich dwunastu świąt księżyca w pełni. Popularne są wówczas procesje, organizowane przez młodzież, które polegają w głównej mierze na wybijaniu super porywającego rytmu, do którego tańczą smoki-przebierańce i takie beznadziejne przypadki jak ja. Niektóre smoki wchodzą do restauracji i sklepów, większe głównie korkują ulice – grunt, żeby było sporo zamieszania. Smoki prezentują całą gamę smoczych gatunków, od małych, dwuosobowych smoków, po długie, świecące, ruszające paszczą smoki z Mulan. Niestety, jak ostatni głąb, zamiast fotografować przebierane bestie, kręciłam filmy jak szalony reżyser i być może kiedyś zlepię z tego jeszcze coś fajnego, a tymczasem – Hoi An nocą.

DSC_0037a DSC_0048a DSC_0076a

Hoi An uchodzi za jedno z najbardziej turystycznych miejsc Wietnamu: sporo restauracji i klubów, skierowanych raczej do międzynarodowego towarzystwa, mnóstwo straganów z typowymi gadżetami w stylu skaczących w górę, świecących śmieci i naprawdę dużo ludzi z całego świata. Da się to przeboleć, bo Hoi An jest naprawdę absolutnie urocze. Są klimatyczne uliczki, są mosty, lampiony, łódeczki, całkiem sporo drzew i roślinności. Jest fantastyczne jedzenie, o którym na starość jeszcze będę pisać poematy, jest gdzie się ruszyć poza miasto. A całe to zamieszanie, związane z festiwalem, chyba wcale nie było aż tak dla turystów, jak myśleliśmy na początku, bo wśród widzów smoczych procesji, wśród ludzi bawiących się na ulicach, najwięcej widać było miejscowych, co pozwalało mi nieśmiało wierzyć, że może festiwal jest jednak trochę bardziej autentyczną tradycją niż tylko marketingowym przedstawieniem.

DSC_0124 DSC_0135 DSC_0149 DSC_0172 DSC_0190 DSC_0470 hoian-12

Jeśli chodzi o sam Full Moon Festival, strasznie się nakręciłam, gdy wyszukałam w google parę zdjęć, a wśród nich rzekę pełną małych lampionów czy niebo usiane odmianami fruwającymi i wszędzie mnóstwo ciepłego światła. Fruwające lampiony to ogólnie rzecz biorąc nic innego jak legalne zaśmiecanie okolicznych terenów, stąd nie byłam szczególnie zawiedziona, gdy ich nie było, ale niestety też spóźniliśmy się trochę na kulminację lampionów na rzece, a wszystko przez przeklętą oponę w skuterze. Można więc powiedzieć, że przegapiliśmy całkiem ważną część festiwalu, z drugiej jednak strony, festiwal tak naprawdę trwał przez cały czas, za to my ten wieczór spędziliśmy z ludźmi z hostelu w świetnej knajpce i poznaliśmy mnóstwo fajnych osób z różnych stron świata.
hoian-64a DSC06034a hoian-23 hoian-22 hoian-25