Skip to content

Targi, nudle i świątynie o zachodzie, czyli Hoi An za dnia

Kilka dni spędzonych w Hoi An obfitowało w słońce, mrożoną herbatę, szalone przejażdżki skuterem i leniwe wałęsanie się po targowiskach. Zatrzymaliśmy się tutaj na tyle długo, że zdążyliśmy przyzwyczaić się do kilku miejsc. Popołudniami jadaliśmy u eleganckiej pani na miejscowym targu, koło piątej na rogu znanych nam ulic czekaliśmy już na wózek z pikantnymi kanapkami, a wieczorem nieopodal rozkręcał się rodzinny biznes zupny. Wszystko obcykane!

2 3 4

W pierwszym guesthousie dostaliśmy całkowicie prywatny, piękny, przestrzenny pokój z dużym łóżkiem i wyjściem na ogród w cenie niewiele wyższej niż przeciętny koszt dormu. Spędzaliśmy wieczory łojąc w karty w towarzystwie gekonów, świerszczy i ryżowego bimbru. W ogrodzie gospodarze hodowali bakłażany, a wokół domu porozwieszane były klatki, których biedni mieszkańcy co ranek fundowali nam powitalną serenadę.
Śniadanie przygotowywała nam cudowna pani babcia, nie mówiąca słowa po angielsku, ale chichocząca przy każdej naszej próbie kontaktu. Podane na tarasie, okazało się najmilszą niespodzianką dnia, a gdy odkryłam, że to pokochana przeze mnie uprzedniego wieczoru zupa Cao Lầu, przysmak prowincji Quảng Nam, byłam w siódmym niebie.

5 6 7

Pewnego poranka wybraliśmy się rowerami na plażę. Jechaliśmy wzdłuż rzeki Thu Bồn w kierunku plaży Cua Dai, a potem dalej, po linii brzegu na plażę An Bang, bardziej oddaloną i mniej zatłoczoną niż Cua Dai. Na plaży oprócz nas było tylko kilka innych osób. Morze było ciepłe jak zupa, słońce rozgrzewało piasek, aż parzył stopy, koktajle były zimne i orzeźwiające, a z głośnika sączyły się chillowe kawałki.

8 9 10 11

Hoi An to mój numer jeden w kategorii gastro. Cao Lầu była nieprawdopodobnie pyszna, chłopakom zawróciła w głowie gęsta, mega tłusta zupa z kaczki, na ulicach sprzedawane były świetne bułki z fantastycznym, pikantnym, mięsnym nadzieniem, a wszystko wieńczył słodki smoczy owoc na deser. Dodatkowo mieliśmy okazję spróbować wszelkich tutejszych przysmaków, wybranych przez Binh na kolacji z ludźmi z Sac Lo. Od nudli z owocami morza po aromatyczny hot pot –  Hoi An w gębie.

 

14 15 16 17 18 19

Do oddalonego o jakąś godzinę drogi kompleksu świątyń My Son dotarliśmy na własną rękę na skuterach. Dojechaliśmy tam po 16.00, czyli tuż po odjeździe ostatniego autobusu pełnego turystów. W rezultacie w świątyni byliśmy niemalże sami, otoczeni przyrodą i cudownymi odgłosami mieszkających wokół zwierząt. Słońce, chowające się za horyzontem, rzucało przepiękną, ciepłą poświatę na stare ruiny świątyni.

20 21 22 23 24 25

Tak się złożyło, że na ten sam dzień przypadał szczyt uroczystości związanych z festiwalem, który opisywałam przy okazji poprzedniego postu. Spodziewaliśmy się ogromnego ruchu w mieście, zakorkowanych przez procesje ulic i ogólnego chaosu, więc zaplanowaliśmy powrót jeszcze przed zmrokiem, ale oczywiście jeden z naszych skuterów złapał gumę w samym środku totalnego, wiejskiego odludzia. Do miasta dojechaliśmy grubo po zmroku, zderzyliśmy się z ruchem skuterowym, jakiego nie doświadczyliśmy nawet w Sajgonie, a to wszystko zdarzyło się podczas mojej pierwszej w życiu jazdy skuterem. Po kolejnym z kolei skrzyżowaniu, przez które przemieszczaliśmy się wśród setek innych skuterów żółwim tempem na przemian z prostymi ulicami, na których nie panowały żadne zasady oprócz zasady pędu, czułam się już ekspertem od skomplikowanych manewrów i przekazywania myśli za pośrednictwem klaksonu.

Info: Petunia Garden Homestay, 354/5 Cua Dai Street, Hoi An. Prowadzony przez sympatyczną Lan i jej przekochaną mamę staruszkę. Można u nich wypożyczyć super rowery, ale nie polecam korzystania z rodzinnych interesów, bo może się skończyć niekoniecznie tym, co sobie wyobrażaliśmy. 9,5$ za duży pokój z podwójnym łóżkiem, wyjściem na taras i sytym śniadaniem. Sac Lo Homestay, 144 Nguyen Duy Hieu, Hoi An. Należy do sympatycznej Binh oraz jej męża, w interesie pomaga także ich przyjaciółka, szalona Lina. Z gospodarzami i innymi ludźmi z hostelu wyszliśmy wieczorem na jedzenie, piwo i małą imprezę, na miejscu można także wypożyczyć skutery, rowery i poradzić się dziewczyn w każdej kwestii. 8$ za nocleg w dormie, w ręcznie robionym przez Binh bambusowym łóżku. Uwaga na klimatyzację, zabójcza. My Son, ruiny oddalone od Hoi An o mniej więcej godzinę drogi skuterem. Droga jest prosta, w przeważającej większości wiodąca przez wsie, nie byliśmy (wówczas!) doświadczonymi kierowcami, a spokojnie daliśmy radę i przy okazji zaliczyliśmy motoryzacyjną przygodę życia. Sądzę, że najlepszą porą na odwiedzenie My Son jest złota godzina między 16.00 a 17.00 – około czwartej odjeżdżają ostatnie autobusy i zdaje się, że koło piątej zamykają już parking, a poza tym robi się ciemno. O tej porze nie ma ludzi, zachodzi słońce i jest niesamowicie. Cua Dai i An Bang – na plażing wybraliśmy bardziej oddaloną od miasta An Bang i był to strzał w dziesiątkę! Za 20k dongów można wynająć piękny, drewniany leżak z parasolem i sączyć równie niedrogie owocowe koktajle przez cały dzień. Jedzenie – najlepszą Cao Lầu zjedliśmy na miejscowym targu, a właściwie jadłodajni dla miejscowych, przy stoisku zlokalizowanym tuż przy wschodnim wejściu do hali. Pani z chęcią doleje Wam siódmą szklankę mrożonej herbaty, zamyka późnym popołudniem. O dokładną lokalizację pytajcie Oliego, ale na pewno w samym centrum, powyżej warzywno-mięsnego targowiska. Inny świetny punkt ze streetfoodem to ulica Tran Phu, w okolicach świątyni. Rozkładają się dopiero wieczorem i przyciągają mnóstwo miejscowych i turystów.