Skip to content

Jeden dzień w Ninh Binh

W Ninh Binh wysiedliśmy z pociągu w samym środku parnej nocy. Średnio dobry czas, na pho jeszcze zbyt wcześnie, a na nocleg za późno, żeby w ogóle się opłacał. Mieliśmy tu spędzić jeden, długi dzień i nazajutrz rano wyjechać dalej, do Hanoi. Po krótkiej drzemce na dworcowych ławkach w towarzystwie paru innych, chrapiących Wietnamczyków, wczesnym rankiem odnaleźliśmy nieopodal hostel, w którym za nocleg w przestronnym, prywatnym pokoju życzono sobie całe trzy dolary. Bizancjum! Ninh Binh samo w sobie należy raczej do tych nieciekawych miejscówek. Jak mawiał Marty – all cool things about Ninh Binh is outside Ninh Binh, więc czym prędzej zerknęliśmy na mapę i ruszyliśmy na przejażdżkę. Przed przyjazdem zdecydowanie zbyt długo zastanawialiśmy się, który z rezerwatów wybrać – efektowny, rzekomo najpiękniejszy, lecz zatłoczony Tam Coc, położony nieco dalej i mniej zatłoczony Trang An czy najodleglejszy i najspokojniejszy Van Long? Wybraliśmy dwa pierwsze i na pierwszy ogień poszedł rezerwat Tam Coc. Przyjechaliśmy dość wcześnie, tłumów jeszcze nie było widać, a w przystani mnóstwo maleńkich łódeczek. Zapowiadało się całkiem przyjemnie.

DSC_0071
DSC_0082
DSC_0125

Widoki były fantastyczne. Na wodzie panowała cisza przerywana tylko pluskiem wioseł. Po drodze mijaliśmy rybaków, przepływaliśmy przez krótkie groty. Wypas! Byłoby naprawdę przepięknie, gdyby nie ogromny kompleks przemysłowy, znajdujący się na obrzeżach Ninh Binh, doskonale widoczny z trasy w kierunku Tam Coc. Niby nic, bo im dalej w kręte mokradła tym bardziej chowało się za skałami, ale jednak mieliśmy tę świadomość, że właściwie taki to rezerwat jak z koziej dupy trąbka, niemniej jednak okolica była totalnie fotogeniczna!

DSC_0133
DSC_0139
DSC_0146
DSC_0115

Przy końcu trasy zostaliśmy zaatakowani przez przekupki, które nie chciały dać za wygraną. Wydaje się, że mają z wioślarkami zawarty stały układ – wy przywozicie farangów, my atakujemy farangów, wszyscy robią biznes. Byliśmy także przygotowani, że wioślarki często upominają się o napiwek, mimo iż bilety kupuje się legalnie w kasach, ale nie spodziewaliśmy się natarczywości aż tego kalibru i niektórzy z nas opuścili Tam Coc jednak nieco sfrustrowani.

DSC_0148
DSC_0211

Zaczęło lać. Zrezygnowani, próbowaliśmy wrócić do miasta, momentami dość niebezpieczną drogą dwupasmową. Szukaliśmy jedzenia – zatrzymaliśmy się nawet w jednym ciut obskurnym punkcie, ale tym razem rzeczywiście było tak obskurnie, jak wyglądało. Byłam wtedy wściekła, miasto nie podobało mi się ani trochę, było szaro, ponuro i gdzie podziało się to fantastyczne, wietnamskie jedzenie, kiedy właśnie pierwszy raz od przyjazdu do tego kraju naprawdę zgłodniałam? Podczas powrotu do hostelu, zupełnie na czuja zboczyliśmy z trasy i naszym oczom ukazała się knajpa, przy stolikach której siedziało mnóstwo ludzi, a na ulicę wysunięte było ogromne palenisko, nad którym jakiś Wietnamczyk wyczyniał w woku skwierczące akrobacje. Nikt by się nie spodziewał, że w Ninh Binh znajdziemy tak dobre żarcie, humory powróciły i nawet szara ulewa przestała być taka nieznośna.

DSC_0251

Odzyskawszy siły i inspirację ruszyliśmy do Trang An. Zza chmur wyszło słońce i raziło w oczy przez całą resztę dnia, którą spędziliśmy na łódeczce, sunącej przez O WIELE piękniejszy rezerwat Trang An. Zieleń w słońcu wydawała się jeszcze bardziej soczysta, formacje skalne znacznie ciekawsze, a nawet organizacja rezerwatu wypadała znacznie lepiej. Z perspektywy czasu myślę, że gdybym mogła wybrać jeszcze raz, zagospodarowałabym nieco inaczej czas i wybrała Trang An i Van Long, które z opowieści wydawało się bardziej zapomnianym przez turystykę, autentycznym zakątkiem. Do nadrobienia!

DSC_0335
DSC_0321
DSC_0356
DSC_0388


ninhbinh (17)
ninhbinh (19)

ninhbinh (14)
  • Miałam pisać pracę magisterską, a siedzę i oglądam Wasze zdjęcia. Są obłędne! 🙂