Skip to content

Rowerem wokół Inle

O piątej nad ranem, kiedy mrok jeszcze spowijał Nyaungshwe, wyczołgaliśmy się z tuk-tuka zmęczeni, wygnieceni i zmarznięci. Nie to, żeby nocny autokar był szczególnie niewygodny, przeciwnie! Byłam zaskoczona tym, że Birma, jako jeden z najmniej rozwiniętych turystycznie krajów tego regionu, dysponuje naprawdę imponującymi autokarami nocnymi. Można się w nich porządnie wyspać, ale jeszcze porządniej przeziębić, bo z jakiegoś powodu obsługa absurdalnie podkręca klimatyzację. Wiedzieliśmy o tym wcześniej, dlatego też poubieraliśmy się jak na narty, ale mimo to nabawiłam się później paskudnej grypy. I z grypą, i z przyjazdem o piątej nad ranem pomógł nam właściciel jednego z najsympatyczniejszych guesthouse’ów, w których byliśmy i w ten sposób wylądowaliśmy w naszych łóżkach kilka minut po przyjeździe bez żadnych formalności, mimo że do standardowej pory check-in’u było jeszcze wiele godzin.

DSC_7365 DSC_7370 DSC_7374

W takim questhousie można marnować dni! Godzinami szwendaliśmy się między roślinami, poupychanymi w każdym kącie i czytaliśmy książki. Odzyskawszy siły, z instrukcjami i mapą od gospodarza, ruszyliśmy na wycieczkę rowerową dokoła jeziora Inle.
Okolic Inle nie można nazwać spektakularnymi. To jedno z tych miejsc, gdzie zachwycają subtelne widoki, nie ma tu strzelistych gór ani tropików, choć jezioro otoczone jest miękkim, niewysokim pasmem. Inle znane jest z niezwykłych wiosek na wodzie, w których ludzie żyją, pracują i handlują, do których wodę pitną przywozi się w baniakach, a prąd płynie cienkimi kablami, zawieszonymi nad taflą na niebezpiecznie wątłych słupach. Namiastkę tego życia widzieliśmy podczas krótkiej przeprawy przez jezioro. Dopiero później mieliśmy bardziej zapuścić się w wioski na południu jeziora i doświadczyć trochę tej dziwnej, ale w gruncie rzeczy sielskiej rzeczywistości.

DSC_7415 DSC_7428 DSC_7451 DSC_7523 DSC_7541 DSC_7545 DSC_7556 DSC_7560 DSC_7578 DSC_7581 DSC_7585 DSC_7599 DSC_7618 DSC_7675

Punktem obowiązkowym na naszej trasie była wyszperana przeze mnie w sieci rodzinna knajpka o wdzięcznej nazwie Bamboo Hut. Miejsce to wydawało się najbardziej sielankową, prowincjonalną restauracją na świecie. Położona tuż przy plantacji opuncji, z widokiem na górskie pasmo, zmontowana z bambusa i prowadzona przez wspaniałych ludzi, jest chyba moim numerem jeden wśród wszystkich gastronomicznopodobnych lokalizacji, w których byłam. Na posiłek czekaliśmy prawie godzinę, a zza zamkniętych drzwi słyszeliśmy, jak składniki były po kolei siekane, tłuczone, smażone. Jedzenie, na które się tyle naczekaliśmy, było podobno najlepsze pod słońcem. Podobno – słabo pamiętam, miałam wysoką gorączkę i ciepły posiłek wmusiłam w siebie z rozsądku. Kiedy już nawet nie miałam siły trzaskać zdjęć, mój brat uznał to za stan absolutnie krytyczny i wróciliśmy do Inle. (Edit 2016: Wracam do Birmy i pierwszym kierunkiem, w jaki skieruję kopyta będzie Bamboo Hut. Tym razem planuję wyżerkę za wsze czasy i nie mogę się doczekać!)

DSC_7701 DSC_7705 DSC_7708 DSC_7736 DSC_7761 DSC_7778 DSC_7790 DSC_7791 DSC_7816