Skip to content

Trekking w Nam Ha, czyli pierwsze kroki w Laosie

Po tym, jak opuściliśmy Birmę i zahaczyliśmy o Bangkok, kolejnym lotem przerzuciliśmy nasze plecaki do Chiang Rai, na północ Tajlandii. Myślę, że przyjdzie kiedyś czas na to, żeby odkryć te regiony, lecz tym razem zostaliśmy tam jedynie na noc, aby kolejnego dnia złapać autobus prosto do Luang Namtha, do Laosu. Przekraczanie granicy nie sprawiło żadnych problemów, dwie pieczątki, opłata, uśmiech i droga wolna. Północne obszary Tajlandii, przez które jechaliśmy, były górzyste i przyjemnie zielone, ale to, co zobaczyliśmy kilkadziesiąt kilometrów po przekroczeniu granicy, przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. Laos to po prostu nieskończone góry, soczysta zieleń, fatalne drogi i niesamowite widoki.

DSC_0384

Przyjechaliśmy do Luang Namtha znacznie później niż zamierzaliśmy (spóźniony autobus w Laosie, no kto by pomyślał!) Nie mieliśmy do końca zorganizowanego trekkingu, który planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia, więc poszliśmy za radą napotkanych w knajpie ludzi i wcześnie rano udaliśmy się do wybranej firmy, żeby zapytać, czy możemy wyruszyć jeszcze tego samego poranka. Nie zebraliśmy niestety żadnej ekipy, z którą moglibyśmy dzielić koszty, nie była to więc najbardziej budżetowa przygoda, niemniej jednak naprawdę było warto się na to porwać. Do pierwotnego lasu deszczowego rezerwatu Nam Ha nie można wejść na własną rękę. Wszystkie tripy są rejestrowane, podobno istnieje limit, ile trekkingów i ilu ludzi może wejść do lasu w danym czasie. Nie ma więc innego sposobu na zobaczenie tych pięknych okolic inaczej niż wynajmując odpowiedniego przewodnika. (Spotkaliśmy dwóch gości, którzy bez znajomości terenu planowali sami wejść do parku, podobno szybko zawrócili.) Nasz przewodnik pochodził z plemienia Khmu, bardzo dobrze mówił po angielsku, bo szkolił się na nauczyciela, ale przede wszystkim doskonale znał las: opowiadał nam o drzewach, o gospodarce leśnej i demonstrował jadalne rośliny.

DSC_0520 DSC_0544 DSC_0554

Przez pewien czas towarzyszyła nam milcząca przewodniczka z najbliższej osady. W lesie niższym zatrzymaliśmy się na posiłek, a nasz dowcipny przewodnik momentalnie zamienił się w eksperta surwiwalu. Z zebranych po drodze składników ugotował zupę w naczyniu, wykonanym ze świeżo ściętego pieńka bambusa, a z plecaka wyciągnął najlepszy na świecie sticky rice, suszoną wołowinę i mnóstwo smacznych rzeczy. Nie byłam pewna, czy posiłek sprosta naszym naprawdę wygłodniałym brzuchom, ale moje zmartwienia były totalnie niepotrzebne, bo najadłam się jak bąk i chwilę później byłam gotowa i pełna sił do dalszej wędrówki. A jedzenie pierwsze klasa!
Im dalej szliśmy, las robił się coraz wyższy, coraz ciemniejszy i coraz wilgotniejszy. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie wysokość drzew i korony, zamykające się nad naszymi głowami jak zielone sklepienie. Bujna roślinność była tak gęsta, że bez ścieżki wydeptanej przez miejscowych przedarcie się byłoby solidnym wyzwaniem. Oprócz niezwykłych, ptasich dźwięków, docierających z każdej strony, mój nos był bombardowany świeżymi zapachami, których wcześniej nie znałam. Cudo!

DSC_0559 DSC_0563 DSC_0609 DSC_0648 DSC_0658 DSC_0753 DSC_0761 DSC_0801 DSC_0838 DSC_0846 DSC_0875 DSC_0896 DSC_0905 DSC_0926 DSC_0942 DSC_0946 DSC_0966 DSC_0978

Tego dnia naszym celem była niewielka wioska, w której mieliśmy spędzić noc, a rano wystartować z niej kajakiem w dół rzeki. Ilość zdjęć, których w tym poście już na pewno nie zmieszczę, z wioski, w której nocowaliśmy i dwóch kolejnych, zmusza mnie do zakończenia tego wpisu, dopóki jeszcze da się dobrnąć do jego końca bez ucinania sobie drzemki. Słowem: las był niesamowity. Pieszo już do niego nie wróciliśmy, ale mieliśmy przed sobą spływ kajakiem po zielonej rzece, wijącej się pośród tych wielkich, starych drzew.

DSC_0992 DSC_1025 DSC_1036 DSC_1040 DSC_1054 DSC_1076