Skip to content

Kajakiem wzdłuż Nam Ha

Wioskę, w której zatrzymaliśmy się na noc, zamieszkiwało niecałe 200 osób. Kolejną, do której dopłynęliśmy kajakiem, kilkadziesiąt mniej, a ostatnią niespełna 96. To ludzie, żyjący z ograniczonym dostępem do bieżącej wody, sami wytwarzający prąd, z którego korzystają jedynie okazjonalnie. Ludzie, żyjący od pory deszczowej do pory deszczowej, od żniwa do rozrodu krów, od świtu do zmierzchu. I to właśnie w ich miejscu i w ich domu mogliśmy spędzić kilka bardzo cennych chwil.

DSC_1081 DSC_1341

Spaliśmy w drewnianej chatce, zbudowanej na brzegu rzeki w ramach rozwojowego projektu. Mogliśmy stąd obserwować codzienne życie mieszkańców, nie wchodząc im zbytnio w paradę, co mi szczególnie odpowiadało. Widywaliśmy dzieci, zbiegające do rzeki na golasa i chlupiące się w brązowej wodzie, kobiety, robiące w rzece pranie, mężczyzn, spływających z nurtem na podłużnych tratwach. Wieczorem, popijając piwo „schłodzone” w cieniu, czekaliśmy w mroku na kolację, którą przygotowywały gospodynie z wioski. Nakarmiono nas fantastycznym dyniowo-pomidorowym curry z najlepszym ryżem na świecie! Sticky rice, klejący i suchawy, to tradycyjne laotańskie jedzenie i tak bardzo zwariowaliśmy na jego punkcie, że ilekroć później przyszło nam zamawiać jakiekolwiek jedzenie, gdziekolwiek w Laosie, zawsze o to pytaliśmy.

DSC_1136 DSC_1165 DSC_1170 DSC_1200 DSC_1208-2 DSC_1213

O poranku lało jak z cebra. Perspektywa kajaków po wzburzonej, brunatnej rzece w ulewnym deszczu nie była zachęcająca, ale nie mieliśmy wyboru. Nie mogliśmy zawrócić, nie mogliśmy w inny sposób dostać się do kolejnego punktu. Około dziesiątej, w strugach deszczu spłynął do nas drugi przewodnik. Przygotowaliśmy się do mokrego raftingu i ruszyliśmy w dół rzeki.

DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO

Nurt rzeki był momentami bardzo wartki. Śmiertelnie bałam się o swój aparat fotograficzny, zabezpieczony w wodoszczelnej torbie (wodoszczelność to dla mnie pojęcie względne) na przedzie naszego kajaka. Nie udało nam się go co prawda wywrócić, ale wielokrotnie nurkowaliśmy w białych grzywach. Dwukrotnie zatrzymaliśmy się, aby odwiedzić wioski tutejszych plemion. Laos to niezwykle różnorodny etnicznie kraj. Nasz przewodnik powiedział nam, że w użyciu jest tak dużo dialektów, że niekiedy nawet sąsiednie wioski posługują się innymi językami. Odwiedzanie wiosek było niezwykłe! Mogłam się uśmiechnąć i pomachać do ludzi, których dotąd oglądałam tylko w podróżniczych programach – żyjących kompletnie inaczej w zupełnie innym środowisku, dla nich będącym codziennością. Mega doświadczenie!

Bez nazwy-1 Bez nazwy-2 DSC_1263 DSC_1284 DSC_1342 DSC_1350 DSC_1370 DSC_1384 DSC_1391 DSC_1403 DSC_1428 DSC_1451

No cóż, zbyt wielu osób na zdjęciach nie widać, ale wciąż czuję się skrępowana, robiąc zdjęcia obcym ludziom. Osobiście na ich miejscu czułabym się jak okaz w rezerwacie, dlatego zawsze staram się być w tej kwestii bardzo empatyczna i ostrożna. Często wolę zapytać, czy mogę zrobić komuś zdjęcie, niż robić je z ukrycia, jak podglądacz.
W trakcie dnia przestało padać i po drodze zrobiliśmy sobie przerwę na lunch. W międzyczasie jeden z naszych przewodników zniknął w lesie, by po chwili wrócić z kawałkiem bambusa, wypełnionym największym przysmakiem Pumby – bambusowymi, tłuściutkimi larwami, które kazałam mu trzymać ode mnie z daleka.
Trekking z kajakowaniem, na który się zdecydowaliśmy, mógł być, na życzenie, urozmaicony opcją noclegu we „własnoręcznie skonstruowanym schronieniu” w środku lasu, nad rzeką bądź gdzie popadnie. Jestem gorącą fanką survivalu w teorii, w praktyce nie potrafię nawet porządnie rozpalić ogniska, uparłam się więc, abyśmy jednak spędzili noc w chatce. Chciałabym powiedzieć, że nie boję się pająków, a wielkie robale zjadam na śniadanie, ale to guzik prawda, jestem strasznym cykorem. Jako że zamiast pająków były tam jeszcze straszniejsze, włochate stonogi, byłam nieugięta – żadnego spania w krzakach. Kiedy zobaczyłam jeden z szałasów, zbudowany przez uczestników poprzedniego trekkingu, gratulowałam sama sobie dobrej decyzji.

DSC_1529 DSC_1537 DSC_1551 DSC_1498

Pod koniec dnia dopłynęliśmy do ostatniej wsi, tym razem bardziej cywilizowanej, bo połączonej ze światem drogą, z której zgarnął nas powrotny pick-up. Widoki standardowo zwalały z nóg. Po drodze zatrzymaliśmy się na największym polu ryżowym, jakie widziałam, a zaangażowanie naszych przewodników w wybieranie dla mnie scenerii, w której mogłam fotografować, było ujmujące. Ten trekking był jednym z najlepszych i najbardziej wartościowych doświadczeń w trakcie całej naszej podróży po Laosie, a ostatnią rzeczą, jakiej żałujemy, to pieniądze na to wydane. Amen!

DSC_1589 DSC_1626 DSC_1630