Skip to content

Koh Mak

To już przedostatni wpis z tegorocznego wyjazdu do Azji. Kilka ostatnich dni postanowiliśmy spędzić brzuchem do góry na plaży, nie robiąc kompletnie nic oprócz pochłaniania kolejnych książek, kolejnych nudli i zimnego piwa. Wybraliśmy wyspę możliwie najmniej odwiedzaną przez turystów, Koh Mak, leżącą obok znacznie większej i bardziej wyposażonej Koh Chang. Na wyspę dostaliśmy się łodzią motorową, strasznie wymęczeni, bo dystans Vang Vieng – Koh Mak machnęliśmy jednym ciągiem. Niemalże całowaliśmy piasek na plaży, na której stał wynajęty przez nas za całe dziesięć dolarów domek. Już trochę czuliśmy się jak w raju, gdy słońce ogrzewało nasze zmęczone facjaty, z głośniczka sączyła się miła muzyczka, a my wsuwaliśmy świeże owoce morza, ciesząc się na najbliższe dni słonecznego nicnierobienia, ale pogoda miała dla nas nieco inne plany. Nie można powiedzieć, żeby pora deszczowa była gwarantem zachwycającej opalenizny, szczególnie w moim przypadku, ale żeby padało cały czas?

DSC_4513 DSC_4521 DSC_4612 DSC_4707 DSC_4755 DSC_4800 DSC_4831 DSC_4842 DSC_4889

Przez większość czasu niebo było zachmurzone, prawie każdej nocy nad naszymi głowami szalała burza, w dzień kropiło od czasu do czasu i generalnie upału nie było. Do tego wszystkiego burza podczas pierwszej nocy odcięła całą wyspę od internetu, więc nie można było nawet pomarnować czasu jak na współczesnego człowieka przystało i zostaliśmy tylko my, mokra plaża, deszcz i książki.

DSC_4642

Kiedy pewnego dnia zza chmur wyszło słońce, zerwaliśmy się jak szaleni, ustawiliśmy sobie leżaki z opcją moczenia stóp w wodzie i w takich pięknych okolicznościach zjedliśmy obiad. Trwało to godzinę z hakiem, ale zdjęcie z kategorii „gorące wakacje na tropikalnej plaży” – odhaczone!

DSC_4948 DSC_4952 DSC_4964DSC_4994 DSC_5000

Mimo porażki pogodowej, ciepło wspominam Koh Mak. Gdyby ktoś szukał naprawdę zacisznego miejsca z opcją budżetowego noclegu (300 bahtów za domek) – mogłabym z czystym sumieniem polecić tę wysepkę. Minusy, które zapadły mi w pamięć to naprawdę spora ilość śmieci, pływająca w morzu i wyrzucana na plażę, ale to problem całego azjatyckiego wybrzeża. Sama bardzo dbam o swoje otoczenie, śmieci mnie przerażają i smucą, a pływanie w morzu obok dryfującej puszki po Coca-Coli to umiarkowanie atrakcyjne doświadczenie. Może w sezonie poza-monsunowym śmieci nie dopływają do brzegu, tylko trują środowisko gdzieś dalej – voila, wtedy można się cieszyć tą jakże nieskazitelną lazurową wodą. Do następnego!