Skip to content

Czy to jest w porządku?

X lubi podróżować. Właśnie kupiła bilet do Tajlandii, jest mega podekscytowana i od tygodnia ma w głowie już tylko drinki pod parasolem nad turkusową wodą, pad thai w Bangkoku, no i przejażdżkę na słoniu po dżungli. Planuje wyjazd, robi research, ale zapala jej się czerwona lampka. Na co dzień jest raczej wrażliwa, lubi psy, lajkuje posty o cyrkach bez zwierząt, a na Facebooku udostępnia apele o adopcję zmaltretowanych suczek z pseudo-hodowli czy o zakazanie festiwalu psiego mięsa w Chinach. Wrażliwość na los zwierząt sprawia, że wpisuje w Google trzy magiczne słowa: „elephants in Thailand”, żeby zobaczyć co w trawie piszczy i wszystkie pozycje, które wyszukiwarka znajduje jako pierwsze (a jest ich naprawdę sporo, serio), utwierdzają ją w przekonaniu, że nigdy tego nie zrobi i nawet trochę jej wstyd, że nie pomyślała o tym wcześniej. Bo słoniowa turystyka oznacza znęcanie się nad zwierzętami, a to przecież porusza i oburza X. Bo jest wrażliwa, szanuje zwierzęta i nie chce brać w tym udziału.

DSC_5414 DSC_5552 DSC_5571

Ma to sens, prawda? Zatem dlaczego prawie wszyscy moi znajomi lub znajomi znajomych, którzy byli w Tajlandii, wracają ze zdjęciem, na którym szczerzą zęby, siedząc w drewnianym koszu, zamontowanym na grzbiecie słonia? Na moje ślepe oko istnieją dwa rozwiązania. Pierwsze: czerwona lampka nie włączyła się. Nie zastanawiają się, jak to się dzieje i co doprowadziło do tego, że dzikie, zagrożone wyginięciem zwierzę potulnie nosi na grzbiecie nawet kilka osób. Nie przechodzi przez myśl, że może kryje się za tym coś nie do końca etycznego. Chcieliby pojeździć na słoniu, ale nie myślą o słoniu, tylko o zdjęciu na słoniu, bo po to się przecież jeździ na wakacje: po zdjęcia. (Myślę, że slogan „must see” mogłoby zostać z powodzeniem zastąpione „must selfie”, ale nie o tym!) Drugie rozwiązanie to takie, gdy czerwona lampka włączyła się, ale została migiem zgaszona. Bo na pewno nie jest tak źle, skoro tylu ludzi to robi. A poza tym, czy to coś zmieni, że akurat ja tego nie zrobię? Tysiące turystów wciąż będzie płacić za słoniowe safari, za pływanie z delfinem, za głaskanie tygrysa. I w ogóle co to za wycieczka do Tajlandii bez filmiku z przejażdżki? Przecież nie jeżdżę na słoniu codziennie, mnie ten problem nie dotyczy.

DSC_5670 DSC_5765

No właśnie, kurka, dotyczy!
Dotyczy to mnie, Ciebie, każdego. Dla mnie i dla Ciebie przygotowywane są takie rozrywki, to Ty i ja nakręcamy biznes tresowanych zwierząt, to dla Ciebie i dla mnie ktoś trzyma tę małpę na łańcuchu. Jesteś tego częścią, i Ty, i ja, i każdy, kto potencjalnie mógłby za to zapłacić. Nie, w większej skali to niczego nie zmieni, że akurat Ty nie wsiądziesz na słonia czy wielbłąda, ponieważ tysiące innych wsiądzie, tak samo jak niczego nie zmieni to, że akurat Ty nie trzymasz swojego psa na dwumetrowym łańcuchu, skoro pół Polski to robi. Więc dlaczego nie trzymasz?

DSC_5808 DSC_5861

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z koszmarem słoni w turystyce, ale od tamtej pory jedną z pozycji na mojej „bucket list” było odwiedzenie autentycznego ośrodka dla słoni po przejściach, których to kilka jest na terenie Tajlandii, a także Kambodży czy Birmy. (Uwaga na pułapki takie jak Kuala Gandah w Malezji, gdzie wielkodusznie ocalone słonie okazują swą wdzięczność robiąc piruety do zdjęć i z radością wożąc turystów. Podobnie sprawy się mają na Bali, gdzie działa park, opisywany przez Lonely Planet następująco: „Abused and abandoned logging elephants from Sumatra have been given a refuge in Bali at the Elephant Safari Park. Besides seeing a full complement of exhibits about elephants, you can ride an elephant for an extra fee.” SERIO, Lonely Planet?!) Marzyłam o odwiedzinach w Elephant Nature Park, pionierskiego ośrodka tego rodzaju, ale zdecydowaliśmy się w końcu na Elephants World, założonego przez lekarza weterynarii, a kilka lat temu otwartego dla turystów. Mieszkają tam słonie, które już dawno nie są i nigdy nie będą dzikie, które usługiwały człowiekowi przez długi czas i nigdy nie wrócą już na wolność, bo nie są do niej przystosowane. Mają blizny na ciałach, rozszarpane uszy, zdeformowane kręgosłupy. Nie wożą turystów, nie wykonują sztuczek. To miejsce jest dla słoni, nie dla ludzi. Z przyjemnością zasililiśmy konto fundacji, spędziliśmy dzień w formie pół-wolontariatu, pomagaliśmy w przygotowywaniu jedzenia dla olbrzymów, czyli w zasadzie standardowy program takiego ośrodka. Jedna z wolontariuszek, Marta z Polski, opowiedziała nam historię niemalże każdego słonia w ośrodku.

DSC_5427 DSC_5435 DSC_5444 DSC_5590 DSC_5598

Historią, która najbardziej mnie poruszyła, była opowieść o Bow, słonicy, która powoli traciła wzrok i przez wiele lat pracowała po omacku, aż w końcu stała się kompletnie bezużyteczna. Spokojną emeryturę zapewnili jej pracownicy ośrodka, którzy odkupili Bow od jej właściciela. Obecnie opiekunką Bow jest Tori, jedyna kobieta-mahout w ośrodku. Bow jest strachliwa, często potrzebuje znacznie więcej czasu, aby pokonać jakąś łatwą przeszkodę i wymaga zaglądania do niej w nocy, a Tori ma dla niej mnóstwo cierpliwości i serca.

DSC_5610 DSC_5611 DSC_5692 DSC_5722

Zawsze staram się zrobić research. Tak już mam. Zanim cokolwiek kupię, gdziekolwiek pojadę, zanim kogokolwiek lub cokolwiek ocenię, po prostu lubię najpierw sprawdzić to i owo. Wiele rzeczy na co dzień wzbudza moje wątpliwości, lubię kwestionować pewne sprawy i doszukuję się drugiego dna. Nie uważam jednak, że takie cechy osobowości są niezbędne, aby człowiekowi pojawiło się w głowie pytanie: czy to, co robię, jest etyczne, właściwe? W zasadzie do tej pory sądziłam, że to dość elementarne pytanie w każdej dziedzinie życia i dla każdego człowieka. Ałć.

DSC_5661 DSC_5852 DSC_5811 DSC_5897 DSC_5914 DSC_5931 DSC_5939

Szczególnie wnikliwy research robię przed każdą podróżą. Nie wyobrażam sobie nie znać najważniejszych faktów, zwyczajów i zasad miejsca, które wybieram na podróż, a tym bardziej nie wyobrażam sobie, że można się nie zainteresować, jakie zachowania mogą niekorzystnie wpłynąć na środowisko, w którym będziemy się poruszać. Dzięki temu, że wykazuję minimum zainteresowania tematem, staram się postępować w taki sposób, abym potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie: czy to co robię jest w porządku? Niewiarygodnie tanie oferty uruchamiają w mojej głowie alarm, bo mogą wynikać z wyzysku pracowników, nieuiszczania niezbędnych opłat lub braku odpowiednich kontroli kosztem środowiska lub personelu. Nie kupuję od dzieciaków i nie korzystam z usług firm, o których wiem, że wykorzystują nieletnich, bo nie chcę wspierać wyzysku dzieci w krajach rozwijających się. (Warto pomyśleć o tym także na co dzień. Słyszeliście o kontrowersjach wokół Nestle i nielegalnym wykorzystywaniu przez koncern dzieci do pracy przy produkcji czekolady? Połowa produktów w naszych lodówkach zostało wyprodukowane przez Nestle, to jest szaleństwo.) Nie fotografuję się z małpami na łańcuchu, nie oglądam kobry w koszyku, nie wykupuję niczego w biurze, które posiada w ofercie jakiekolwiek rozrywki związane z tresurą dzikich zwierząt. Płacąc za takie usługi czasem całkiem grube dolary przyczyniamy się do okrucieństwa, niesprawiedliwości i przede wszystkim rozkręcamy biznes, którego twórcy nie znają takich pojęć jak etyka czy ekologia.
Często wpadam we własną pułapkę wszechresearchu. Przed pierwszą długą podróżą samolotem poczytałam, rzecz jasna, na temat zanieczyszczeń, jakie produkuje transport powietrzny. To sprawiło, że od tamtej pory lecąc na drugi koniec świata czuję koszmarne wyrzuty sumienia, bo wiem, ile zanieczyszczeń i dwutlenku węgla na głowę emituję. I jako osoba, która z reguły wszystko kwestionuje, zadaję sobie pytanie, czy wolno mi w ogóle mówić o etyce i ekologii podczas podróży, skoro sam proces przemieszczania się z miejsca na miejsce jest tak nieekologiczny, że niweluje wszelkie moje starania, zarówno te na co dzień, jak i podczas wyjazdu? Czy troszczenie się o przyrodę, zwierzęta czy dzieci w kraju, którego jesteśmy gośćmi, ma jakiś sens, skoro cała turystyka, której jesteśmy w tym momencie częścią, pożera żywcem środowisko naturalne i lokalną kulturę? Jaki sens ma martwienie się o słonia, skoro sama moja obecność tutaj napędza całą tę machinę?
Nie spodziewam się, że osoby, które na co dzień nie mają kompletnie nic wspólnego z jakkolwiek zrównoważoną konsumpcją, nagle zaczną zastanawiać się, co łączy pożary lasów w Indonezji i orangutany z masłem orzechowym, którym codziennie smarują kanapkę, lub podczas wakacji zaczną rozmyślać nad losem delfinów, na których uwieszają się ich dzieciaki. To, co uderzyło mnie najbardziej to straszna nieświadomość i ignorancja osób, które określiłabym jako całkiem wrażliwe i rozsądne. Nie wiem, czy bardziej smuci mnie to, że ich czerwona żaróweczka nie zapaliła się czy to, że to się zapaliła i nic z tego nie wynikło.

DSC_6032 DSC_6097 DSC_6179 DSC_6247

A zatem swoimi wyborami sami może i nie zmienimy całego świata, ale wierzę, że wiele dobrych wyborów może coś zmienić, sprawić, że coś się przestanie komuś opłacać i po prostu biznes upadnie. Popyt i podaż ściśle od siebie zależą, a jedno nie istnieje bez drugiego. To my tworzymy popyt i możemy tworzyć go rozsądnie. Jaki jest haczyk? A taki, że trzeba się najpierw w ogóle czymkolwiek zainteresować.
PS. Za kilka miesięcy wybieramy się na Borneo. W przypadku Borneo, największym problemem jest wycinanie lasów pod plantację palmy olejowej, choć turystyka nie zostaje bez wpływu na wyspę. Staram się zaplanować wszystko tak, aby brać jak najmniejszy udział w masowej turystyce, ale i tak mam bardzo wiele wątpliwości. Jestem konsumentem oleju palmowego czy tego chcę czy nie chcę, bo jest absolutnie wszechobecny, a teraz jadę na Borneo oglądać spustoszenie, jakiego dokonaliśmy. Czy to jest w porządku?
  • shvayda

    Szkoda tylko, że często naprawdę nie możemy się z perspektywy zachodniej dowiedzieć o nieetycznych działaniach korporacji. Taka choćby Ikea – na stronie bykiem does not accept child labour po tym jak w 1995 wyszło na jaw, że jak najbardziej i nawet teraz są jakieś reportaże z 2011, ktore świadczą o czymś innym.

    • Poważnie? Nic o tym nie wiedziałam. Wiesz może gdzie znajdę ten reportaż? Chciałabym poszperać w temacie, dość często kupuję w Ikei i mega mnie to zmartwiło…

  • Wspaniale, że o tym piszesz. I rzeczywiście, najważniejsza jest świadomość, dociekliwość i zainteresowanie. Sama, gdy byłam dużo młodsza i jeszcze mało wiedziałam o podróżach i turystyce, bardzo chciałam przejechać się na słoniu, jedno z moich marzeń. Dopiero w późniejszych latach, kiedy moja pasja się rozwijała a sama zaczęłam dużo czytać o różnych regionach, dowiedziałam się jak ten przemysł turystyczny wygląda naprawdę. Słonie, tygrysy czy inne wykorzystywane zwierzęta – już nigdy nie pomyślałabym o przejażdżce lub przytulaniu tygrysa. Za to idea wolontariatu w miejscu, gdzie takim zwierzętom się pomaga to wspaniały pomysł. Bardzo chciałabym się wybrać, gdy będę w Azji. Szkoda, że wciąż tak mało osób czyta i dowiaduje się o tym, jak jest naprawdę. Chociaż z drugiej strony wygrana z TripAdvisorem to też zasługa ludzi i ich inicjatyw. Oby więcej takich!

    • Wiadomość o tym, że Tripadvisor rezygnuje z promowania atrakcji z udziałem zwierząt była dla mnie jedną z najlepszych wiadomości ostatnimi czasy!
      A jeśli chodzi o wolontariaty – bardzo chciałam zostać wolontariuszką, czy to w ośrodku dla słoni czy innych dzikich/niegdyś dzikich zwierząt, jednak koszt takiego wolontariatu (np. miesięcznego czy tygodniowego) nierzadko kilkukrotnie przekracza mój budżet na taki sam okres czasu normalnej podróży. Strasznie szkoda!