Skip to content

Trekking z Kalaw nad Jezioro Inle

Jedną z rzeczy, którą chciałam zrobić w zeszłym roku, ale z powodu ograniczeń czasowych musiałam zarzucić pomysł, był trekking z małej, górskiej miejscowości Kalaw aż do Nyaungshwe nad jeziorem Inle. Trekking miał być trzydniowy, trasa – prawie sześćdziesiąt kilometrów pięknych widoków. Bułka z masłem!

dsc_8287 dsc_8338

Do Kalaw dojechaliśmy autobusem bardzo widokową trasą. W obskurnym pensjonacie przepakowaliśmy plecaki, przygotowaliśmy odpowiedni ekwipunek i byliśmy gotowi, aby rano wyruszyć pięcioosobową ekipą w drogę. W skład ekipy, którą zebraliśmy poprzedniego wieczoru w siedzibie Sam’s Family, gdzie załatwiliśmy przewodnika, weszliśmy my, para Kanadyjczyków i Francuz – zapowiadało się co najmniej zabawnie!

dsc_8367 dsc_8369 dsc_8363 dsc_8395 dsc_8502 dsc_8556 dsc_8579

Za każdym razem, kiedy jestem w Birmie, poznaję świetnych ludzi. Jeśli w trakcie ósmej godziny brnięcia w błocie, w dół i w górę, w deszczu i mgle, śpiewasz z towarzyszami niedoli The Fellowship – wiedz, że trafiłeś na właściwą drużynę.

dsc_9095 dsc_8437 dsc_8582 dsc_8589 dsc_8598 dsc_8646 dsc_8657 dsc_8691 dsc_8715 dsc_8707 dsc_8739dsc_8770dsc_8778

Pierwszego dnia przeszliśmy prawie dwadzieścia kilometrów. Skonani dotarliśmy do niewielkiej wioski, gdzie zatrzymaliśmy się w chacie, w której sposobem na komary było rozpalanie ogniska piętro poniżej izby sypialnej. Przez resztę trekkingu pachniałam jak wędzona szynka, ale muszę przyznać, że patent zadziałał, mucha nie siada!

dsc_8754 dsc_8857 dsc_8886

Wieczorem, kiedy gawędziliśmy sobie po kolacji, Oliwer zadeklarował naprawdę kiepskie samopoczucie i wczołgał się do śpiwora. Zdążyliśmy porządnie się z niego ponabijać, zanim zorientowaliśmy się, że rzeczywiście jest z nim bardzo kiepsko. Jak na studentkę medycyny przystało spakowałam na cały wyjazd ogromną apteczkę z lekami na każdą okazję. Szybki flashback: „Daj spokój, nie bierzmy całej apteczki, co się może zdarzyć w ciągu trzech dni? Wezmę tylko coś na sraczkę.” No, to sobie wzięłam.

Całą noc Oli zmagał się z mega wysoką gorączką, dreszczami i innymi dolegliwościami, których może nie będę zbyt dokładnie opisywać w tym poście i rano zdecydowaliśmy, że resztę trasy pokonamy na czterech kółkach. „Nie ma tu samochodów, jedynie motocykle” – wyjaśnił Cookie, nasz przewodnik. „A gdybyście zdecydowali się zrezygnować z dalszej wędrówki, musielibyście wrócić do punktu, z którego wyruszyliśmy i dojechać do celu innym środkiem transportu.” Koszt? Około 100 dolarów na dwie głowy. Oli podniósł się z podłogi: „ILE?! Nie ma mowy!” Cookie skombinował kilka tabletek paracetamolu od ludzi w wiosce, które trochę postawiły Oliego na nogi i udało nam się ruszyć dalej. Tu jest właśnie miejsce na super motywujący cytat o przekraczaniu własnych możliwości i pokonywaniu słabości, ale daruję sobie i Wam. Just did it!

No, prawie. Tego dnia pierwszy raz popłakałam się z powodu bólu stóp i gdyby nie to, że w sumie to boję się tężca, resztę drogi pokonałabym boso. Buty trekkingowe z Quechua? Nigdy więcej. Ledwo doszłam.

dsc_8925 dsc_8931 dsc_8960 dsc_8966 dsc_8983 dsc_9019 dsc_8985 dsc_9042 dsc_9052 dsc_9061 dsc_9106 dsc_9071dsc_9130dsc_9138dsc_9144dsc_9162

Widoki były przezachwycające! Jako że dosłownie każdy krok sprawiał mi ból, a przy tym jeszcze trzaskałam po drodze zdjęcia, zostałam na samym końcu formacji. Drugiej nocy także spaliśmy w wiosce, odrobinie większej, gdzie o wschodzie słońca kręciłam się z aparatem pomiędzy chatami i stalkowałam mieszkańców.

dsc_9170 dsc_9205 dsc_9174

Dystans ostatniego dnia był najkrótszy. Odwiedziliśmy po drodze uroczą wioskę, a wkrótce na horyzoncie pojawiła się tafla jeziora Inle. Co pół godziny wmawiałam sobie, że jeszcze pół godziny i jakoś dokulałam się do celu. Mimo wszystko warto było się skatować dla tak niesamowitych wrażeń, jakie wywarł na nas ten trekking!

dsc_9270 dsc_9286 dsc_9292 dsc_9335 dsc_9349

***
Trochę informacji: Na trekking początkowo mieliśmy wybrać się z przewodnikiem, który nazywa się Ko Min, ale nie zastaliśmy go w jego biurze w Kalaw aż do wieczora, dlatego zdecydowaliśmy się na trekking z biura Sam’s Family. Nasz przewodnik, Cookie, był naprawdę super gościem, bardzo dobrze mówił po angielsku i opowiadał nam same ciekawe rzeczy. Sam trekking był zorganizowany bardzo dobrze i widać, że biuro zajmuje się tym od lat. Do Kalaw przyjechaliśmy autobusem z Mandalay w przeddzień trekkingu i zdążyliśmy wszystko załatwić bez problemu. Warto!

***