Skip to content

Nyaungshwe

Do Nyaungshwe dotarliśmy wymęczeni, brudni, skontuzjowani i szczęśliwi. Czas mijał nam głównie na regenerowaniu sił, robieniu prania i czytaniu książek. Jeden dzień poświęciliśmy na przejażdżkę rowerem do tej samej knajpki, w której w zeszłym roku z powodu choroby nie potrafiłam nic przełknąć, a drugi – na wycieczkę po jeziorze, którą też nie do końca udało mi się zrealizować podczas poprzedniego wyjazdu. Zaległości nadrobione!

dsc_9466dsc_9395dsc_9433dsc_9516dsc_9607dsc_9469dsc_9519dsc_9480dsc_9484dsc_9489dsc_9501dsc_9497dsc_9513dsc_9571dsc_9569dsc_9528dsc_9590dsc_9637dsc_9644dsc_9656dsc_9573

***
Gdzie byliśmy, co jedliśmy: Jako że przez pomyłkę zarezerwowałam pokój w najlepszym na świecie Aquariusie na kolejny miesiąc, zmuszeni byliśmy zatrzymać się na jedną noc w innym guesthousie. Wybraliśmy May Guesthouse, który był naprawdę mega sympatyczny, ale jednak Aquarius Inn. bije chyba wszystkie miejscówki na głowę. Rowery wypożyczyliśmy za 2500 kyatów na dzień za oba, rejs łódką załatwiliśmy u miłej pani z Mr Tun Travel Agency (15 000 kyatów). Stołowaliśmy się w Bamboo Hut (piękny widok z restauracji!), która znajduje się poza miastem i trzeba dojechać rowerem, w restauracji Sin Yaw obok targu i w knajpce zaraz obok Aquariusa. Wszędzie jedzenie było pyszne i niedrogie.

***