Skip to content

Ubud

O mały włos nie zrezygnowaliśmy z Bali. Bo tłumy, wszystko zadeptane, popularne. Z jakiegoś powodu zdecydowaliśmy, że zamiast wyspy Lombok, chcemy jednak Bali zobaczyć. Ba, później, żeby zostać dłużej na Bali, odpuściliśmy kolejny etap wyjazdu, wulkan Bromo. Na pewno można nie lubić tej wyspy, na pewno jest tam mnóstwo miejsc, które przyprawiają człowieka o ból głowy, ale też na pewno nie można odmówić Bali uroku.

Spędziliśmy na Bali w sumie około 10 dni, włączając w to dwudniowy wypad na Lembongan i dwudniową przejażdżkę skuterem po północnej części Bali. Zasadniczo najdłużej zostaliśmy w Ubud. Ubud jest bardzo turystyczne, bardzo zielone i niesłychanie estetyczne. Nieliczoną ilość restauracji zdobią pomysłowe i gustowne szyldy, wszędzie pną się zielone gałęzie i kwiaty, sklepowe półki uginają się pod ogromną ilością pięknej ceramiki, rękodzieł, świetnych ubrań, tekstyliów i akcesoriów wnętrzarskich. Na każdym kroku i zza każdego rogu wyłaniają się charakterystyczne balijskie rzeźby i ornamenty, hinduistyczne świątynie, kadzidła i taksówkarze. Wyspa słynna jest z rękodzieła właśnie, sztuki teatralnej, balijskich spektakli tanecznych (spośród których mieliśmy okazję zobaczyć kecak dance) zielonych ryżowych pól i wegetariańskiej kuchni, a Ubud to urocze miasto, w którym znajdziemy wszystko, z czym Bali powszechnie się kojarzy.

dsc_2569 dsc_2560 dsc_2563 dsc_2592 dsc_2594 dsc_2652

Na Bali zatrzymaliśmy się w kapitalnym miejscu, Ojek’s Homestay. Położone w centrum Ubud, a jednak bardzo zaciszne pokoje posiadają dość podstawowe wyposażenie, ale za to ich ganki otwarte są na pełen kwiatów ogród, w którym podawane były śniadania. Miejsce bardzo klimatyczne, idealne do relaksu, a do tego rozkosznie niedrogie. Naładowaliśmy tam akumulatory przed i po ciut bardziej wymagających etapach podróży.

dsc_4693dsc_4701 dsc_4681

Monkey Forest, park zamieszkiwany przez hordę ciekawskich makaków. Całkiem miły spacer.

dsc_2662 dsc_2731 dsc_2690 dsc_2704

Oprócz ogólnego piękna balijskich budowli, wszechobecnego zapachu plumerii, w Ubud bardzo ujęła mnie zieleń. Drzewa, krzewy, pnącza rosną i wspinają się po każdym budynku, mech porasta stare mury, a kilka kroków od głównej ulicy można już spacerować wśród absurdalnie zielonych ryżowych pól. Bajka!

dsc_2788dsc_3069 dsc_2799 dsc_2795dsc_2919 dsc_2784dsc_4080

Mieliśmy szczęście być na Bali w okresie święta Galungan, więc ulice przystrojone były bambusowymi ozdobnymi „wędkami”, zwanymi penjor, a na każdym ganku wśród kwiatów i owoców płonęły kadziełka. Najważniejszy dzień tego święta wypadał akurat, gdy udaliśmy się na Lembongan, ale tam też mogliśmy obserwować przebieg święta – przypominało nam trochę naszą Wielkanoc, lecz zamiast do kościołów z koszyczkami, Balijczycy nosili do świątyni kosze wypełnione owocami, jedzeniem i kwiatami.

Jedną z bardziej znanych atrakcji Ubud z kategorii „must see” jest kecak dance i muszę przyznać, że było naprawdę warto! Na kecak dance, czyli taneczny spektakl z ogniem do muzyki a’capella tworzonej przez męski chór, wybraliśmy się pierwszego wieczoru i wróciliśmy zachwyceni. Pierwotnie rytualny taniec Balijczyków został w latach 30. zaadaptowany przez niemieckiego muzyka i malarza w spektakl, dzisiaj oglądany przez tysiące turystów. Kilkudziesięciu mężczyzn tylko za pomocą swoich ust wybija rytm (trochę przypomina to beat-box), do którego pięknie ubrane księżniczki uciekają przed demonami z wyłupiastymi oczami. Spektakl ogląda się na świeżym powietrzu z zimnym piwkiem pod ręką. Super sprawa!

dsc_2956

Uliczki Ubud: kręte, otulone rozłożystymi drzewami, zawalone skuterami, przeurocze.

dsc_4061 dsc_4086 dsc_4068 dsc_4089 dsc_4055

W Ubud całkiem popłynęłam w sklepikach z kosmetykami naturalnymi. Zaopatrzyłam się w kremy, olejki, peelingi, balsamy do ust, wszystkie o pięknych zapachach i w pięknych opakowaniach. Potem co prawda przez miesiąc woziłam ze sobą karton zakupów (i wciąż udało mi się zmieścić w bagażu podręcznym), ale kto by o tym teraz pamiętał, kiedy mam takie cacuszka w łazience! Jeśli chodzi o inne zakupy na Bali, postanowiłam, że jeśli kiedykolwiek odwiedzę Bali ponownie, to tylko z dodatkową walizką i dodatkową gotówką, a wrócę z pięknymi pledami, dywanami, naczyniami i kolekcją lnianych ubrań.

dsc_4058dsc_4605

Może to zabrzmi trochę dziwacznie, ale w Ubud bardzo lubiłam oglądać wspomniane wyżej szyldy – restauracji, sklepów, salonów spa. Od hipsterskich, odręcznych napisów po luksusowe złote litery, a wszystkie mega estetyczne! Nawet Starbucks nie odstawał.

dsc_4404 dsc_4407 dsc_4445 dsc_4471 dsc_4492 dsc_4369 dsc_4358 dsc_4599 dsc_4653 dsc_4602 dsc_4396dsc_4590dsc_4587

Jedliśmy prawie wyłącznie w Dewa Warung, gdzie jedzenie nie dość, że było po prostu przepyszne, to jeszcze bardzo tanie, jak na balijskie standardy. Jesteśmy z Olim bardzo wiernymi klientami i jak już gdzieś zagrzejemy miejsce to choćbyśmy nawet próbowali znaleźć coś innego, i tak zawsze lądujemy w końcu w stałej miejscówce. Potem się przyzwyczajamy, przywiązujemy i bach! Łzy przy wyjeździe murowane.

dsc_4618 dsc_4624dsc_4328 dsc_4320 dsc_4330dsc_4348 dsc_4340 dsc_4371 dsc_4364 dsc_4460 dsc_4634

Generalnie byliśmy zachwyceni Ubud. Nie przeszkadzał nam fakt, że większość ludzi obecnych w miasteczku to turyści. Miło było pogadać z innymi podróżnymi, pokręcić się wieczorami po klimatycznie oświetlonych dróżkach i po prostu nacieszyć oko.

dsc_4690

Mała garstka informacji: Bali i Ubud zwiedzaliśmy wyłącznie na skuterze. Nie mieliśmy problemów z policją, nikt nas nie zatrzymał w celu kontroli prawa jazdy i nie wyobrażam sobie, żeby policja kontrolowała wszystkich turystów na skuterach, bo wszyscy turyści jeżdżą na skuterach, a więc jest nas bardzo dużo. Skuter kosztował 50 000 IDR za dzień i wypożyczaliśmy go w Ojek Homestay, gdzie się zatrzymaliśmy. Zapłaciliśmy tam 140 000 IDR za dwuosobowy pokój ze śniadaniem i bardzo polecamy to miejsce, bo jest po prostu śliczne i przytulne.
Zdjęć jak zwykle dużo za dużo, ale już chyba przestanę sobie to wyrzucać. W kolejnym poście okolice Ubud, które odwiedzaliśmy podczas krótkich wypadów z miasta. Stay tuned!

dsc_4705

  • Jestem totalną fanką twoich postów 🙂 i właśnie wcale nie przeszkadza mi, że jest dużo zdjęć – wprost przeciwnie. Sama uwielbiam je robić i też nigdy nie mogę się powstrzymać, żeby któregoś przypadkiem nie pominąć na blogu 😉 chciałam zapytać jakim sprzętem fotografujesz (lub fotografowałaś w tych miejscach)? cały czas jestem na etapie poszukiwań nowego aparatu.

    Kasia 🙂

    • kachnagrubachna

      Dzięki za miłe słowa <3
      Wożę ze sobą tylko jeden obiektyw, Sigmę 18-35/1.8, z Nikonem D7100. Jestem bardzo zadowolona z aparatu, szkło też jest cudne, ale czasem brakuje mi ogniskowej. Nie na tyle jednak, żeby wozić ze sobą coś dodatkowego, raz miałam ze sobą w podróży drugi obiektyw i przełączyłam go chyba tylko raz - za dużo cackania się, za ciężko, leń ze mnie. Zdjęcia z wyjazdów z poprzednich lat (2015 i wstecz) robiłam Sigmą 17-55/2.8 i też bardzo sobie chwaliłam.
      Uściski!