Skip to content

Bali na skuterze: Tegalalang

Odwiedzenie wszystkich miejsc oddalonych od Ubud o niewielkie, skuterowe odległości, zaplanowaliśmy sobie na jakieś 4-5 dni. Oprócz wodospadu Tegenungan (który strasznie nas rozczarował, naprawdę jest tysiąc piękniejszych i ustronniejszych wodospadów na Bali i nawet nie mam stamtąd jednego zdjęcia), Yeh Pulu czy kilku innych destynacji, oczywiście zaplanowaliśmy Tegalalang. Czy było warto?
Zacznijmy od przyjemnej części. Jedziemy na północ od Ubud, mijamy setki sklepików z najróżniejszymi pierdołami, powoli zaczynają się zielone pola, pólka, poletka. Wydaje nam się, że pojechaliśmy za daleko, więc wracamy, ale w zasadzie nigdzie nie widzimy żadnych tarasów, tylko morze zieleni. No trudno! Skręcamy w pierwszą wąziutką dróżkę między pola i znikamy w źdźbłach ryżu.

dsc_3149
dsc_3158
dsc_3165
dsc_3228
dsc_3210

Jeszcze przez jakiś czas próbowaliśmy znaleźć jakikolwiek znak, kierujący na tarasy Tegalalang, ale kiedy napotkani po drodze ludzie odradzali nam dalsze poszukiwanie, a słodki staruszek zaprosił nas na kokosa, w zasadzie odechciało nam się szukać dalej.

dsc_3169 dsc_3230 dsc_3232 dsc_3233 dsc_3235 dsc_3243 dsc_3245 dsc_3265 dsc_3272 dsc_3268 dsc_3255 dsc_3260

Następnego dnia dokładnie sprawdziliśmy jak dojechać do tarasów i wsiedliśmy na skuter. Nabiliśmy trochę kilometrów, udało nam się nie skręcić nie tam gdzie trzeba i po chwili dojechaliśmy na… Krupówki. Dosłownie. Już z daleka wiedzieliśmy, że dotarliśmy do słynnych tarasów – autokary, taksówki i stragany stały wzdłuż całego odcinka drogi, z której schodziło się zboczem w dół. Ludzie chodzili po trawiastych zboczach gęsiego, tu jakaś sesja ślubna, tam wycieczka… Nienajlepszych wrażeń nie naprawili też sami Balijczycy – dwukrotnie zagrodzono nam drogę, abyśmy zapłacili „donation”, tak naprawdę nie wiadomo na co. Tłumaczenie, że „donation” z definicji jest dobrowolna czy dociekanie, na jaki szczytny cel zbierają, zadziałało tylko przy pierwszej grupie zbieraczy – kolejny gość był trochę straszny i zawróciliśmy. Zaczęły się zresztą zbierać chmury, zieleń nie była już taka zielona, więc bez wyrzutów sumienia opuściliśmy posterunek.

dsc_3290 dsc_3293 dsc_3289 dsc_3334 dsc_3317 dsc_3345 dsc_3342 dsc_3344

Na koniec wskoczyliśmy jeszcze do Yeh Pulu. Zapłaciliśmy 20 tysięcy, żeby przejść się na 15-minutowy spacer. Było ładnie, przyjemnie, ale to jest właśnie całe Bali: choćby nie wiem, jak malutka była dana atrakcja, jeśli tylko jest oznaczona jako atrakcja i da się na to sprzedawać bilety, można być pewnym, że wstęp będzie płatny.

dsc_3110dsc_3094dsc_3085dsc_3088

Jeśli miałabym coś polecać, to na pewno nie same tarasy Tegalalang, a pola w okolicy. Nie pamiętam dokładnie, w którym miejscu skręciliśmy, ale na pewno jadąc od Ubud był to skręt w lewo. Olejcie tarasy i zboczcie z trasy, będzie przepięknie!

map

  • Oliwer

    Nie zapominajmy o tzw. DONATIONS, których życzą sobie od nas miejscowi za przejście kładką zbitą z paru desek. Uznaliśmy za obligatoryjne podanie im prawdziwego znaczenia słowa „donation”.

    • kachnagrubachna

      Przeca opowiedziałam! Ktoś tu chyba nie przeczytał…