Skip to content

Ulubieńcy Azji Południowo-Wschodniej

Cześć! Po trzech dość długich wyjazdach do Azji Południowo-Wschodniej, prawdopodobnie na jakiś czas pożegnamy się z tą częścią świata (choć niczego nie wykluczam, bo jak to śpiewała Anitka Lipnicka, wszystko się może zdarzyć) i z tej okazji postanowiłam ulepić małe, subiektywne zestawienie. Nie jest to żadne „top 3” ani „jeden z dziesięciu”, a po prostu nasze ulubione momenty z podróży. Niektóre kategorie będą mieć mniej, a niektóre więcej pozycji, a ich kolejność niekoniecznie odzwierciedla faktyczne miejsca na podium, ale wolność Tomku w swoim domku! Lojalnie uprzedzam, że będzie to najdłuższy wpis w historii tego bloga. Gotowi? Nie? No to jedziemy!

Ulubione kraje

1. Birma – za wspaniałych, jedynych w swoim rodzaju ludzi, ze strony których spotkały mnie same dobre rzeczy, za niesamowitą kulturę i tę smutną, obecną wszędzie szramę historii, za piaszczyste ścieżki Baganu i ciężkie pobudki przed wschodem słońca i za te czerwone, zakrwawione dziąsła, longyi i tanakę. Wróciłam do Birmy drugi rok pod rząd i wróciłabym jeszcze nie raz, co uznaję za wystarczające uzasadnienie jej honorowego miejsca w rankingu.

1

2. Wietnam – był moim pierwszym krajem Azji Południowo-Wschodniej. Kocham go za przepyszne jedzenie, za naukę ekstremalnej jazdy na skuterze z ekstatycznym zastosowaniem klaksonu włącznie, za to, że byliśmy tam ze znajomymi, za płytę Sadnecessary Milky Chance, którą tam odkryłam i której słuchaliśmy codziennie z podróżnego głośniczka, za tanie piwo, przytulne Hanoi i niesamowite Hoi An i za pociągi. I oczywiście za jedzenie. Powtarzam się?

2

3. Laos – za luz, swobodę i uśmiechniętych ludzi, za Luang Prabang (lampiony, lampiony, palmy, rzeka i lampiony!), za niesamowitą zieleń z każdej strony i te zielone, wszechobecne pagóreczki, za Beer Lao, za sticky rice z dynią w curry, za animizm i wrzucanie kawałków jedzenia do rzeki przed posiłkiem dla ducha natury, za szalone autobusiki i dziurawe drogi.

3

Przy tym punkcie również chciałabym napomknąć o Indonezji, która jest niezwykle trudna do klasyfikacji. Jest po prostu tak różnorodna, tak bogata, a wyspy różnią się od siebie czasem jak całkiem inne kraje, że ciężko ustosunkować się do Indonezji jako całości. Do tej pory odwiedziliśmy dwie wyspy Indonezyjskie: Bali (w tym Nusa Lembongan) i Sulawesi (w tym Togeany) które pokochaliśmy totalnie, ale z drugiej strony to w Indonezji relatywnie najczęściej spotykały nas nieprzyjemności ze strony lokalnych mieszkańców. Nie umieszczamy Indonezji w tym rankingu, bo mamy wrażenie, że jeszcze za dobrze jej nie znamy.

Ulubione miasta

1. Ubud, Bali, Indonezja – jest do bólu turystyczne i nie wiem, czy nie więcej jest tam obcokrajowców niż Balijczyków, ale jednocześnie niesamowicie piękne, zielone i estetyczne. Nawet szyldy sklepów zrobione są ze smakiem! Uwielbiam Ubud za wszystkie ornamenty, bramy i kwiaty na chodnikach, za plumerię i jej niesamowity zapach, śledzący mnie na każdym kroku, za niesamowite, zielone pola ryżowe otaczające miasto, za wszystkich, różnorodnych ludzi, z którymi można powymieniać się doświadczeniami i za te sklepy, w których kupiłabym wszystko do swojego domu i swojej szafy. Za wegetariańskie jedzenie, chodzenie wszędzie w klapkach i ten klimat relaksu, spa, medytacji i ogólnie rozumianego wellness.

4

2. Nyaungshwe, Birma – być może kontrowersyjny wybór, ale uwielbiam to miasteczko! W zasadzie przypomina większą wieś. Uwielbiam je za guesthouse „Aquarius Inn”, za te wszystkie prowizoryczne restauracje i usługi, za przezabawny masaż, na którym byliśmy i panie deptały nas w jakiejś klitce w stanie budowy, za niesamowicie klimatyczną Bamboo Hut, za wycie mnicha 24h na dobę.

5

3. Luang Prabang, Laos – podobnie jak Ubud, Luang Prabang również jest bardzo turystycznym miastem. Położone jest nad rzeką, która wieczorem zasnuwa się mgłą, uliczki oświetlają lampiony, ludzie piją piwo w różnych hipsterskich, backpackerskich knajpach, a potem jadą skakać z drzewa pod wodospad Kuang Si. Ultra chilloutowe miejsce!

6

4. Hoi An, Wietnam – mam wrażenie, że w tej kategorii dominują turystyczne miasta. Hoi An kojarzy mi się z pysznym jedzeniem, zupą Cao Lau, przepięknymi lampionami, szaloną przejażdżką skuterem, kiedy w czasie trwania Hoi An Full Moon Festival w ogromnych skuterowych korkach próbowaliśmy się przebić przez miasta, za rewelacyjne sklepiki z odzieżą szytą na miarę, za super ludzi, których poznaliśmy, włącznie z gospodarzami, którzy zabrali nas na imprezę.

7

Ulubione potrawy

1. Pho w Pho Thanh Canh (55 Nguyen Cu Trinh) – królowa Pho! Idźcie i jedzcie z tego wszyscy i nie zapomnijcie zamówić po zupie mrożonej, wietnamskiej kawy.

2. Chendol, Georgetown – to zarazem najpyszniejszy i najdziwniejszy deser, jaki jadłam! Fasola i lody waniliowe to moje połączenie roku!

8

3. Tempeh curry w Dewa Warung, ostatni jadłam ze łzami w oczach.

4. Cao Lau, Hoi An – o jakie to dobre!

9

5. Bakłażan z ryżem i grillowaną, świeżą rybą u Iriny. Moc wspomnień!

6. Bakso Babi w Rantepao. Miłośnicy rosołu, łączmy się!

(Oli na pewno dorzuciłby do tego zestawienia Nasi Kandar w Nasi Kandar Line Clear w Georgetown, Curry Mee również w Georgetown, a Adaś laotański sticky rice w każdej postaci i zupę u Mr Leka na Soi Samsen 2 w Bangkoku. Mam rację, chłopaki?)

Ulubione knajpy

1. Dewa Warung, Ubud, Bali – wszystko, wszystko tam było przepyszne! Najbardziej przypadły mi do gustu wegetariańskie dania z chrupiącym tempehem, niebo w gębie! Oprócz pysznego jedzenia, bardzo fajny zwyczaj siedzenia na podłodze przy wielkich stołach i zapisywanie zamówienia na kartkach. Wieczorami ustawiają się kolejki, my zaglądaliśmy tam prawie każdego dnia.

2. Bamboo Hut, Nyaungshwe, Birma – niesamowite widoki, pyszne jedzenie (warzywa smażone w chrupiącej panierce!), przemili kelnerzy i ogólnie rzecz biorąc, bardzo klimatyczne miejsce, do którego można dojechać malowniczą drogą rowerem.

10

3. Banglumpoo Thaifood 1974, Bangkok – mój borze, nie pomińcie tego miejsca! Curry najpyszniejsze pod słońcem, a zaraz obok stoisko ze świeżymi, owocowymi smoothie. Łatwo znaleźć na mapie, przy wielkim rondzie.

4. Wonderful Tasty, Nyang Oo – hihi, to jest śmieszna pozycja! Nic niewiarygodnego, jeśli chodzi o samo jedzenie, ale knajpka była po pierwsze ultra tania (o co w Nyaung Oo i Baganie nie jest najprościej, jeśli podróżuje się naprawdę na budżecie), po drugie, prowadzona rodzinnie i tak się złożyło, że wracaliśmy tam kilka razy. Nazwa jest jakaś taka niegramatyczna i nieporadna, aż nas rozczuliła! Z polecenia znajomych z trekkingu do Inle, podajemy dalej.

5. Warung Bodag Maliah, Ubud – za widok na zielone, ryżowe pole i piękny wystrój.

6. Utopia, Luang Prabang – za chillout, siatkówkę, widok, sułtańskie leżanki!

11

Natura

1. Taman Negara – za to, że dżungla nauczyła nas pokory i nieźle nastraszyła, za wielgachnego pająka, jeszcze większego gekona pilnującego jaj, modliszkę i w końcu… za biało-czarne tapiry, które zaobserwowaliśmy w środku nocy z wieży obserwacyjnej w samym środku lasu! Za trekking, który naprawdę dał nam w kość, za pojedynek z pijawkami, gromadnie wpełzającymi na nas przy najkrótszym postoju. W końcu, za cudowną kąpiel w rzece i niezapomnianą przygodę.

12

2. Khao Yai National Park – za przepiękną zieleń, dreszczyk emocji w oczekiwaniu na słonie, za niespodziewanego pytona na drodze, mgliste poranki i zapierający dech w piersiach wodospad Haew Narok.

13

3. Rafy koralowe wokół Togeanów – na widok setek małych, kolorowych rybek totalnie nas zatkało. Pokochaliśmy rafę za barwy, za życie, za głęboką, ciemną toń na krawędzi koralowca i wyczekiwanie na rekina, który nigdy się nie pojawił, za to, że wystarczyło wyjść z domku na plaży i wejść do wody z okularami, aby zanurzyć się z innym świecie.

14

Miejsce na odludziu

1. Togeany, Indonezja – Cóż mogę powiedzieć. Jechaliśmy tam wiele dni niewygodnymi autobusami, małymi vanami, wracaliśmy jednym susem 24-godzinną podróżą w autobusie z koszmaru, a to wszystko było tego warte. Kompletny brak internetu, prąd jedynie przez 3 godziny wieczorem, ciepłe piwo za trzykrotność normalnej ceny, gwieździste niebo, szum fal, turkusowa woda.

15

2. Phong Nha, Wietnam – dotarliśmy tam po ciemku, nie wiedząc, czy nie spędzimy nocy polu. Polubiliśmy Pepperhouse za śmiesznego Australijczyka Marty’ego, który okazał się Multim, za pyszne jedzenie, picie piwka wieczorami na werandzie, za hamaki, domową atmosferę, pająki na suficie i ropuchy w butach.

16

3. Muang Ngoi, Laos – niezwykle położona wieś, do której dotarliśmy łodzią, skradła nasze serca! Dziurawe uliczki, domek z niesamowitym widokiem, sympatyczną gospodyni, malownicza podróż rzeką, oszałamiająco piękny zachód.

17

Ludzie

1. Irina, Sunset Beach, Togeany – Irina, Rosjanka z krwi i kości, wykładowca akademicki i wyzwolona outsiderka, biegała boso po lesie, karciła psa po rusku, cieszyła się z najmniejszych rzeczy, pływała nocą w świecącym planktonie i grała z nami w karty, częstując cukrem palmowym prosto z zaatakowanego przez mrówki woreczka.

18

2. Dat, Ta Phin, Sapa – Dat, szef wszystkich szefów, król wioski i najskuteczniejszy przedsiębiorca okręgu Sapa był niskim, przeuroczym gościem, który zamiast „if” mówił „ip”, trochę się jąkał, miał syna z bujną wyobraźnią i częstował dziwnymi alkoholami zrobionymi z rzeczy, o których nie chcecie nawet słyszeć.

19

3. Marty i Diem, Phong Nha – kupa śmiechu! Marty, facet koło pięćdziesiątki, palący papierosa za papierosem, przyjechał kiedyś do Phong Nha, ożenił się, został i narzeka, że jego żona jest leniwa i śpi do południa, samemu spędzając dnie na gwizdaniu, nuceniu i paleniu papierosów. Ta dam!

4. Franciska, Rantepao – Franciska to taka kochana mama, która opiekowała się nami przez cały pobyt w Rantepao i nawet, kiedy miała już innych klientów do oprowadzania, miała na nas oko, przyjeżdżała do naszego hotelu, żeby dopilnować tego i owego, a na pytanie, jaka jest jej ulubiona potrawa, z pełnym zaangażowaniem odkrzyknęła „riiiiiice!”. Można powiedzieć, że uratowała nam tyłki, odciągając od barierki ringu kilkanaście sekund przed tym, zanim byk z impetem wbił się w tłum. I zawsze, ale to zawsze, miała na ustach szminkę.

 20

5. Ekipa z Halong Bay – na wycieczkę zabraliśmy się w osiem osób, wszyscy w podobnym wieku, i trafiliśmy na mały, pięknie urządzony statek. Wieczorem ani się obejrzeliśmy, a siedzieliśmy wszyscy na rufie, piliśmy piwo, rozmawialiśmy z kapitanem i załogą. Do dzisiaj wspominamy ten wieczór!

21

5. Nouth, Valhalla Bungalows, Vang Vieng – kochana Nouth, prawie się wszyscy spłakaliśmy przy pożegnaniu! Byliśmy u niej krótko, ale ugościła nas cudownie, a na pożegnanie dostaliśmy plecione bransoletki (które już oczywiście zgubiliśmy). Polecamy gorąco Valhalla Bungalows!

6. Cookie, nasz przewodnik z trekkingu Kalaw – Nyaungshwe. Zapamiętałam go jako zaangażowanego, przemiłego człowieka z dużą wiedzą. Kiedy Oli chorował, zrobił mu najgorszy masaż na świecie, ale bardzo się starał, kochany!

Kultura

1. Bagan, Birma – po prostu kocham Bagan. Stare, zakurzone mury świątyń, nagrzana słońcem cegła, czerwony piasek, sekretne przejścia, mnisi w szkarłacie, a do tego wszystkiego wstawanie przed wschodem słońca i wdrapywanie się na świątynie w ciemności, ciszy i boso. Atmosfera tam jest absolutnie niepowtarzalna!

22

2. Tana Toraja, Sulawesi – zderzenie z kompletnie inną kulturą. Kościoły i chrześcijaństwo wymieszane z animizmem i dawnymi wierzeniami. W Rantepao byliśmy na pogrzebie, na którym ubijano świnie i bawoły, odwiedziliśmy zmarłą kilka miesięcy wcześniej babcię, której ciało rodzina przechowywała w domu, odnaleźliśmy kilka grobów niemowląt, pochowanych w dziuplach drzew. Niesamowite doświadczenie!

23

3. Ubud, Bali – balijski hinduizm to chyba jedno z najciekawszych wierzeń, zarówno w kontekście idei, jak i kultu z tym związanego. Arcyciekawe tradycje, pachnące kadzidła, jeszcze bardziej pachnące plumerie, kwiaty we włosach, imponujące świątynie.

24

Przeżycia

1. Trzydniowy trekking w Birmie – Ach, przygodo! Dzięki trekkingowi poznaliśmy super przewodnika (Cookie) oraz parę z Kanady, z którą bardzo się polubiliśmy, Oliwera dopadły zdrowotne dolegliwości, które o mały włos nie zawróciły nas z drogi (ale Oli przypomniał sobie uciekinierów z Syberii i zebrał w sobie wszystkie siły, aby skończyć tę wędrówkę), a wędrowaliśmy w rytm soundtracku z Drużyny Pierścienia. Wisienką na torcie był moment, w którym rozpłakałam się, bo tak bardzo bolały mnie stopy (między 50. a 60. kilometrem, gwoli ścisłości).

25

2. Skuterem przez Borneo – Jestem dumna z tego pomysłu! Mimo że Oli był raczej sceptyczny, zdecydowaliśmy się objechać Sabah na skuterze. Spakowaliśmy plecak na 8 dni, przymocowaliśmy go do bagażnika, władowaliśmy się na półautomatyczną Hondę i przekonaliśmy się, że pokonanie 200km dziennie na skuterze w skwarze, upale albo deszczu wcale nie jest takie proste.

26

3. Spływ kajakowy przez las deszczowy, Laos – pamiętam swój strach o aparat fotograficzny, który spakowany w nieprzemakalny worek, wciśnięty w przód kajaka, był regularnie zalewany przez falę rwącej rzeki. Udało nam się nie zaliczyć wywrotki, żadna tarantula nie spadła mi na głowę. Po drodze odwiedzaliśmy niesamowite wioski, w których ludzie żyją bez regularnego kontaktu ze współczesnością, bez lodówek, telewizorów i internetu.

 27

4. Pogrzeb, groby i spotkanie z Omą w Tana Toraja – wspomniane wyżej. Kupowanie cukru i herbaty dla rodziny, obserwowanie obdarowywania rodziny żywymi świniami przywiązanymi do pali i bawołami, odwiedziny u Omy – to wszystko było dla nas ogromnym przeżyciem.

28

5. Dzień ze słoniami w Elephants’ World. Kocham słonie, to chyba moje ulubione zwierzęta. Są mądre, oddane, rodzinne i przekochane, dlatego bardzo zależało mi na wizycie w prawdziwym ośrodku dla słoni po przejściach i spotkanie się z olbrzymem trąbą w trąbę!

29

Ulubione noclegi

1. Sunset Beach, Togeany – po prostu nasze miejsce.

2. Lembongan Made Inn. Niespodziewanie świetny nocleg na Nusa Lemongan. Pokój z widokiem na morze, balkon, mini basen!

30

3. Ojek’s Homestay, Ubud – przepiękne miejsce z zielonym ogrodem i pysznymi śniadaniami.

4. Menanggul B&B w Sukau, Borneo – prawdziwy homestay, pyszne śniadania, biegające dzieci, rozwieszone pranie. Bardzo miłe wspomnienia!

31

5. Pepperhouse, Phong Nha – sielanka! Podobno teraz mocno się rozbudowali i mają nawet basen.

6. Nicksa’s Place w Muang Ngoi – oprócz nocnego popłochu przy zabijaniu karaluchów, włażących do łóżka, miejsce naprawdę nam się podobało. Piękny widok z hamaka i pyszne naleśniory na śniadanie!

32

7. Aquarius Inn, Nyaungshwe – Już wspomniany wcześniej, fantastyczny guesthouse z przemiłymi gospodarzami, roślinnością na patio, swobodnym klimatem.

8. Kinabalu Mountain Lodge pod Kinabalu – last but not least. Położony na zboczu wzgórza, w lesie, otoczony kwiatami i chmurami. Nocą do lamp zlatują się ćmy wielkości dłoni, można kupić zupkę chińską z pomidorem i w pokojach pachnie drewnianym schroniskiem.

33

Miejsca, do których chcielibyśmy wrócić

1. Togeany – bo zajęły szczególne miejsce w naszych serduszkach. Myślę, że nie każdy mógłby zakochać się tak jak my, na pewno nie każdemu chciałoby się tarabanić tyle godzin, aby spędzić tydzień bez prądu, internetu i dobrej kawy, ale dla nas Togeany były perełką wyjazdu i bardzo, bardzo chcemy jeszcze odwiedzić Irinę. Ba, mamy to w planach!
2. Bali – wrócilibyśmy po piękne designerskie gadżety i meble do domu, po naturalne kosmetyki i ubrania z lnu, poćwiczyć jogę, palić kadzidełka, wąchać plumerię i zajadać tempeh w Dewa Warung. Następnym razem poszukamy jakiegoś domku na obrzeżach, w polach ryżowych.
3. Tajlandia – mimo że właściwie każdy już w tej Tajlandii był albo się wybiera, my w zasadzie spędziliśmy w Tajlandii najmniej czasu, a z tajskim jedzeniem równać się może co najwyżej wietnamskie. Wrócilibyśmy, aby zwiedzić północ i napełnić brzuchy pysznym, pikantnym curry.
4. Singapur – bo byliśmy tam zaledwie dwa dni i nacieszylibyśmy jeszcze oko tą niesamowitą architekturą.
5. Birma – bo zawsze będzie miejscem, do którego będę wracać, choćby tylko myślami!

W kategorii antyfaworytów i fakapów wygrywa bezapelacyjnie Makassar (najdziwniejsze, chaotyczne miasto, w ogóle nie czułam się tam komfortowo, ludzie robili nam zdjęcia z ukrycia i wrzucali na facebookowego walla – autentyk!), 24-godzinna podróż przez Sulawesi wśród papierosowego dymu i po wertepach oraz szarpanina z oszustami na dworcu autobusowym w Denpasar, a także podróż z Bali do Surabai (gdzie w autokarze na siedzeniach rozsypano jakiś proszek przeciwko robalom, od którego dostałam wysypki, a kierowca pędził tak, że byliśmy przekonani, że to ostatnia podróż w naszym życiu), brr!

Trochę się tego nazbierało, a jeszcze tyle przed nami! Niestety chwilowo z bólem serduszka zwalniamy trochę z dalekimi i długimi wyjazdami w najbliższym czasie, ale nie samymi wielkimi podróżami człowiek żyje, prawda? (Powtarzam sobie to codziennie w nadziei, że się przekonam!)

Dajcie znać, jakie są Wasze ulubione miejsca (nie tylko w Azji, wszędzie!), a do jakich niekoniecznie byście wrócili – jestem strasznie ciekawa!

  • Tak bardzo marzę o Azji i mam nadzieję, że już niedługo uda mi się to marzenie spełnić! Bardzo bym chciała zwiedzić Wietnam i zobaczyć Ha Long Bay. Poza tym to jedzenie!! *_* Cudowne masz wspomnienia!!

    • O tak, w Wietnamie lepiej się nie odchudzać, a na Halong Bay nie oszczędzać ♥

  • Oliwer Kulpa

    Prawda, wszystko prawda. Dopiero w tym zestawieniu poczułem, jak bardzo chciałbym odwiedzić Laos! (I całą resztę raz jeszcze, a co)

    • To co, jeszcze jedna rundka? ♥