Skip to content

Trzy razy Sajgon

Sajgon był pierwszym i ostatnim przystankiem naszego tripu do Wietnamu. To jedno z tych miejsc, w których przeciera się oczy ze zdumienia, że to wszystko jakimś cudem funkcjonuje, a kiedy już wsiąkasz i stajesz się po części uczestnikiem tego szaleństwa, reszta przychodzi całkiem naturalnie. Przyjechaliśmy tutaj jako kompletne żółtodzioby, a powróciliśmy całkiem nieźle zaprawieni. Pierwszy nocny rajd taksówką z lotniska do centrum zaliczałam do co najmniej ekstremalnych, gdy otoczeni morzem skuterów przeciskaliśmy się przez kolejne skrzyżowanie, po powrocie natomiast ponownie zdarzyło nam się złapać taksę i nie raz miałam ochotę szturchnąć kierowcę i rzucić: no jedźże, wyprzedzaj, tu masz klakson! Wietnam tak działa na ludzi.
Po przyjeździe i zlokalizowaniu pierwszego hostelu, jaki wynotowałam na marginesie, rzuciliśmy na łóżka plecaki i po dwóch dobach podróży zamiast runąć w poduszkę, z marszu ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu jedzenia. Wałęsaliśmy się trochę po uliczkach zaskakująco sennego Sajgonu, aż zupełnym przypadkiem dotarliśmy w okolicę, gdzie od widoku i zapachu jedzenia kiszki grały marsza, czyli na Bui Vien.

ADSC-89ADSC-147ADSC-87

Szczególnie dobrze wspominam barbeque na Bui Vien, gdzie na małych, plastikowych krzesełkach tłumy pałaszowały szaszłyki wszelkiej maści: wołowina, wieprzowina, krewetki, papryczki, kurze łapki, kałamarnice, ośmiornice i różne, inne stworzenia, których nie rozpoznawałam. Wystarczyło wskazać palcem i chwilę później lądowały na talerzu, chrupiące, dymiące, przyrządzone w… grillu zrobionym ze starej, metalowej umywalki. Kręci się? Kręci.

DSC_0108DSC_0095DSC_0086

Sajgonki w Sajgonie popijane piwem Saigon, kto da więcej?
ADSC-84ADSC-83
Zupa pho to temat rzeka. Osobiście uskuteczniałam pho na śniadanie, drugie śniadanie, drugi obiad, zawsze i w każdej części Wietnamu, co daje mi chyba nie najgorsze rozeznanie w tym temacie. Pierwszą zupą, którą zjedliśmy w Wietnamie strasznie się zachwyciliśmy, a z perspektywy czasu wiem, że ani nie była najlepsza, ani nawet nie do końca uczciwa. Ale im dalej w pho, tym lepiej!

DSC_0577
saigon-13DSC_0401-1DSC_0151DSC_0147DSC_0136DSC_0140DSC_0132DSC_0409DSC_0559
Oto i ona: mercedes wśród pho.
DSC_0160
Jak trafiliśmy w to miejsce? Ostatniego poranka wyszperałam w sieci dość subiektywną listę najlepszych pho w Sajgonie. Nie było ich sporo, były dość mocno rozrzucone po mieście, toteż wybraliśmy tę najbliższą. Gdy dowiedzieliśmy się, że życzą sobie za zupę 45k dongów, zrobiliśmy zdziwione miny, ale pani powiedziała, że tańszą znajdziemy po drugiej stronie ulicy. Jak można się domyślić, błyskawicznie zajęliśmy jedyny wolny stolik. Aromatyczny, mięsny wywar, mnóstwo zieleniny i kiełków i mnóstwo pysznej wołowinki stawiają tę pho na najwyższym schodku zupnego podium. Warto również zamówić w tym miejscu mrożoną kawę – zaczynam być monotematyczna, ale to tutaj także piłam najlepszą kawę spośród wszystkich, których kosztowałam w Wietnamie, przebiła nawet tę z Hanoi. Ukłony dla gospodarzy! Szukajcie tego szyldu:

DSC_0647

 

Info: Zatrzymaliśmy się w Rou Hostel, nad restauracją Rou Vegetarian przy ulicy Co Bac 37B, w backpackerskim dystrykcie pierwszym. Hostel utrzymany w ciekawym, surowym klimacie betonowych ścian i kolorowych elementów, ogromne łóżka (jak dwuosobowe), świetna lokalizacja, 5USD. Gdzie jedliśmy? Dwie miejscówki, które wspominamy najlepiej (czyli namiętnie fotografowane nudle, sajgonki i żaby) mieszczą się przy ulicy De Tham, pierwsza bodajże numer 22, druga ze dwa numery w jedną lub drugą stronę. Pho: dokładnie 55 Nguyen Cu Trinh, w okolicach ulicy Bui Vien. Sztos. Po tę zupę stałabym w kolejce cały dzień. Szaszłyki znajdziecie oczywiście na Bui Vien, otwierają dopiero pod wieczór. Bilety pociągowe najlepiej kupować na dworcu, bo nawet w miejscu, będącym rzekomo jedynym przedstawicielem kolei w centrum (o czym wiedziałam z seat61.com) pobrali od nas sporą prowizję. Zakupy lepiej zaplanować w Hoi An, Hanoi lub Sapa, bo w Sajgonie jest raczej cienko z ciekawymi gadżetami. Po drodze założyliśmy, że niektóre rzeczy kupimy w Sajgonie, żeby nie dźwigać, bo czegoż to w Sajgonie przecież nie będzie, ale założenie okazało się błędne, rajem dla pamiątkowiczów zostaje zdecydowanie Hoi An. A najlepsze wieczory to te, które spędziliśmy na miniaturowych, rozpadających się, plastikowych krzesełkach dla krasnoludków, popijając Bia Hoi.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *