Skip to content

Halong Bay, czyli trudny orzech do zgryzienia

Ten wpis będzie długi. Nie mam co prawda żadnych kompetencji, żeby przygotować cokolwiek, co przypominałoby poradnik czy zbiór wskazówek, ale bardzo chętnie podzielę się własnym doświadczeniem w temacie bez dna czyli o sposobie na Halong Bay. Innymi słowy, wbrew idei bloga, będę się wymądrzać. O żadnej innej dotąd destynacji nie słyszałam bowiem tak wiele sprzecznych historii, jak o Zatoce Smoka. Jak było u nas?

W momencie, w którym uświadomiłam sobie, że odwiedzenie jednej z najsłynniejszych atrakcji Wietnamu jest praktycznie niemożliwe na własną rękę, stało się to głównym źródłem mojego stresu związanego z podróżą. Nigdy nie powierzam żadnym biurom organizacji czegokolwiek, jestem irytującą Zosią Samosią, a zmianie mojego stanowiska bynajmniej nie sprzyjały mrożące krew w żyłach historie o traumatycznych wycieczkach z szemranych biur. Zrobiłam porządny research, spisałam wszystkie firmy, które potencjalnie mogłyby nie zrujnować naszego wrażenia z Halong Bay i pozostawiłam podjęcie decyzji na moment, w którym będziemy bezradnie stać na środku ulicy w Hanoi i rzucać monetą.

Nie było tak źle: żadnego rzucania monetą i w miarę świadomy wybór, aczkolwiek zawsze istniało ryzyko i do ostatniego momentu podejrzewaliśmy, że to wszystko na pewno jest tylko po to, żeby nas zmylić, zauroczyć i uśpić naszą czujność. Nikt nas nie zmylił, nikt nas nie oszukał, firma okazała się strzałem w dziesiątkę, rejs był zdecydowanym higlightem naszej podróży po Wietnamie, poznaliśmy świetnych ludzi i zdobyliśmy fantastyczne wspomnienia. Owszem, rejs ten był najdroższym przedsięwzięciem naszej wyprawy, ale pewnego dnia, parę dni przed Hanoi, przeglądaliśmy mój dziennik, dyskutując, w jaki sposób dostać to, co dla nas najlepsze w korzystnej cenie i przysłuchujący się naszej rozmowie pewien wyluzowany jegomość, co to w Wietnamie był nie raz, powiedział nam: When you go to Halong Bay, make sure you give every penny you have. No to daliśmy.

Myślę, że sukces wynika tu z kilku, nakładających się czynników. Po pierwsze, no cóż, zrobiłam dobry research. Po drugie, mieliśmy naprawdę dużo szczęścia. Po trzecie, od początku wiedzieliśmy, czego chcemy. Nie chcieliśmy ozłoconej łódki, pijanych Rusków, łabędzi z ręczników i czterech kompletów sztućców, tłumów, anonimowej załogi, sztucznych atrakcji. Mając na uwadze te kryteria, wyszliśmy z niejednego biura zanim drzwi zdążyły się za nami zamknąć. Jedno biuro wzbudziło nasze zainteresowanie – przywitało nas bambusowym, skromnym wystrojem, sympatyczną i bardzo kompetentną obsługą, a także świetną herbatą, której pół kilograma zresztą przywiozłam z Wietnamu do Polski. Firma deklarowała, że ich celem jest wspieranie i korzystanie z usług lokalnej ludności, że założenie ich rejsu jest zupełnie inne niż w powszechnej turystyce, że trasa rejsu także odbiega od klasycznych, najbardziej obleganych miejsc. Muszę przyznać, że mnie kupili od razu, Oliwer był nieco bardziej sceptyczny, tłumacząc, że właśnie taka osoba jak ja jest ich targetem i żebyśmy się zastanowili dwa razy, bo każde biuro tak się reklamuje. Zastanowiliśmy się, zaryzykowaliśmy, wynegocjowaliśmy niższą cenę i to była dobra decyzja.

Wczesnym rankiem podjechał po nas maleńki busik. Już na tym etapie różniliśmy się od większości wycieczek na Halong, które jechały większymi, szarymi busami wypełnionymi ludźmi po brzegi. Okazało się, że firma rzeczywiście jest niewielka, organizuje „kameralne” wycieczki nie tylko na Halong, ale także do Sapa i innych destynacji, mają jeden stateczek i ze dwa busiki. Nasz bus był nawet udekorowany w etniczne wzorki, co totalnie mnie ujęło i już od początku byłam nastawiona pozytywnie. W środku czekały już cztery inne osoby – dwie siostry Francuzki w zbliżonym wieku i dwie siostry Niemki, też studentki. Stanowiliśmy więc niewielką, ośmioosobową ekipkę statku. Przewodnik Kong świetnie mówił po angielsku i jeszcze w busie zarządził event opowiedzenia paru słów o sobie i poznanie się nawzajem – towarzystwo było naprawdę sympatyczne, atmosfera bardzo luźna, a w drodze Kong opowiadał nam ciekawostki o realiach rynku pracy w Wietnamie. Kiedy wysiedliśmy z busa w głównym porcie, z którego w rejs odpływała większość statków, czekaliśmy zaledwie kilka minut, po czym wpakowaliśmy się na niewielki, pomalowany na biało statek. Wystrój był super globtroterski: bambusowe i drewniane mebelki bez zbędnych upiększaczy, półka po brzegi wypełniona starymi książkami z całego świata we wszystkich językach i zimne piwo w lodówce.

DSC_0004
DSC_0009
DSC_0035
DSC_0095
DSC_0217b
DSC_0249
DSC_0256
DSC_0316

Mimo że Kong był jedyną osobą, która potrafiła efektywnie się z nami porozumieć, czuliśmy nić porozumienia z resztą załogi. Punktem przełomowym był moment po kolacji, gdy zrelaksowani siedzieliśmy sobie przy świeczkach, a dziewczyny grały w karty. Zauważyliśmy, że chłopaki z załogi rozkładają na zewnętrznym pokładzie prześcieradło i przynoszą jedzenie w obdrapanych garach. Przez chwilę poczuliśmy się tak, jak w sumie nie chcieliśmy się nigdy zachowywać – czyli jak banany, które siedzą na krzesłach, a załoga na podłogach. Nasz przyjaciel, który swoją bezpośredniością zdobył wiele (choć chyba więcej złamał) serc, szybko zareagował i podchodząc z piwkiem do małego obozowiska zapytał, czy możemy się przysiąść. Po chwili wszyscy siedzieliśmy na deskach razem z załogą, piliśmy piwo i jedliśmy małże, które kapitan złowił tego samego popołudnia na wyprawie kajakiem. Kong był tłumaczem całej imprezy, a Kapitan opowiadał o swoich losach podczas wojny z Czerwonymi Khmerami i o swojej córce. Każdy miał coś do opowiedzenia, każdy chciał się czegoś dowiedzieć, wznosiliśmy toasty, śpiewaliśmy, było gwarno, wesoło, a otaczała nas tylko cicha woda i rozgwieżdżone niebo. A następnego ranka, zupełnym przypadkiem obudziliśmy się sami z siebie o piątej nad ranem i doświadczyliśmy najpiękniejszego wschodu słońca, na jaki kiedykolwiek udało mi się zwlec z łóżka. Fontanna wrażeń!

halong (11)

DSC_0593
DSC_0553
DSC_0578
halong (12)
DSC_0611
DSC_0619
DSC_0620

A jaka była zatoka? Była spokojna, zielona, przytulna. Mnóstwo zaułków, w których można było się schować, maleńkich plaż, takich jak ta, na którą kapitan popłynął kajakiem, żeby złowić wiadro małży. Standardowo skakaliśmy do wody ze statku, choć podobno już teraz jest to zakazane, udało mi się nawet wskoczyć do wody z zatyczką do obiektywu i zostawić ją w Morzu Południowochińskim. Było pięknie! Trudno było nie dostrzec nadmiernej eksploatacji tego terenu, miejscami pod wodą dało się zauważyć śmieci, nie raz mijaliśmy ogromne statki o pojemności kilkudziesięciu osób, na których odbywały się głośne imprezy, ale trzymaliśmy się od tego z daleka i wywieźliśmy z Halong Bay najlepsze możliwe wrażenia.

DSC_0682

halong (8)
halong (7)
halong (6)
halong (10)
Processed with VSCOcam

Mam ogromną nadzieję, że firma będzie trzymała się idei, którą przekonała nas do siebie. Biuro jest zdecydowanie godne polecenia, uczciwe i solidne. Wiele czynników ukształtowało ten rejs, na pewno ludzie, na pewno okoliczności, na pewno zaangażowanie załogi i obsługi. Nasz rejs zakończył się szybciej niż powinien, gdyż ku wybrzeżu zmierzał tajfun, ale od strony organizacyjnej biuro ponownie nie zawiodło – otrzymaliśmy uczciwy zwrot pieniędzy za resztę rejsu, a dziewczyny, które z tą samą firmą zaraz po Halong udawały się do Sapa, otrzymały po prostu dodatkowy dzień drugiej wycieczki.

Nie potrafię tak naprawdę doradzić nic konkretnego osobom, które stoją przed wyborem firmy, robiłam to tylko raz i na szczęście wybrałam właściwie. Wiem tylko, że od początku byliśmy świadomi tego, że w kwestii wycieczek na Halong Bay po prostu nie ma czegoś takiego jak okazyjna cena. A więc jeśli jedziecie na Halong Bay, nie pozwólcie, by chęć oszczędzenia kilkudziesięciu dolarów zaowocowała totalnym fiaskiem.

I na koniec mała rada od Oliego dla wielbicieli błyskotek: W czasie rejsu bądźcie czujni w licznych farmach pereł. Słynne, najtańsze na świecie, prawdziwe perły z Halong zażyczyły sobie nasze mamy. Mimo cudownej otoczki, demonstrowaniu i wyciąganiu pereł z muszelek, biżuteria przeznaczona do sprzedaży to nie ta, którą przed chwilą wypluła małża. Prezentowane za szybą okazy, zrobione z wykorzystaniem rzekomo tamtejszych wyrobów, są bardzo niskiej jakości i mocno przecenione. Jeśli jesteście poszukiwaczami skarbów, to polecam szukać ich tylko poza zasięgiem rejsowych statków. Najlepiej dotrzeć do nich na własną rękę!

Przed wyjazdem przeczytałam, że wyprawa na Halong może być najlepszym lub najgorszym doświadczeniem z podróży do Wietnamu. My dajemy 10/10!