Skip to content

Jezioro Inle

Krajobraz i otoczenie Inle kojarzy mi się z prostotą. W najlepszym tego słowa znaczeniu. Zwiedzanie okolic jeziora było bardzo relaksujące, wręcz wyciszające. Nie byliśmy bombardowani ekstremalnymi widokami, wokół było subtelnie, cicho, spokojnie i tylko warkot silników przepływających, podłużnych łodzi roznosił się echem po tafli.
Nocą padało i grzmiało. Jeszcze słyszeliśmy deszcz, gdy zwlekaliśmy się z łóżek o 5:30, a po 6:00 siedzieliśmy już w łodzi. Było dużo chłodniej niż się spodziewaliśmy – wszędzie czytałam, żeby spakować parasol i chronić się przed słońcem, a tymczasem ja, dzwoniąc zębami, starałam się skonstruować najlepszą izolację cieplną, na jaką pozwalała mi cienka chusta i bandamka. Mknęliśmy z całkiem przyzwoitą prędkością prosto na południe jeziora, spotykając po drodze pierwszych rybaków, pierwszych mieszkańców wiosek i pierwszych sprytnych przedsiębiorców, którzy uczynili z lokalnego sposobu połowu ryb turystyczne widowisko. Nie można ich za to winić, jako turyści przyjeżdżamy i zostawiamy pieniądze, więc nic dziwnego, że chcą przekuć to w interes, ale mając świadomość, że przedstawienie napotkanego rybaka służy bardziej w celach estradowych niż w celu faktycznego połowu ryb, mój odbiór był nieco mniej entuzjastyczny.

DSC_7838 DSC_7845 DSC_7905 DSC_7910 DSC_7914
DSC_7941 DSC_7943 DSC_7974 DSC_7991 DSC_8007 DSC_8026 DSC_8031

Im dalej i później, tym piękniej. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że mieliśmy szczęście, natrafiając na tak zróżnicowaną pogodę. Rano, kiedy niebo zasnute było chmurami, krajobraz był monochromatyczny, minimalistyczny i trochę surowy. Wraz z nadejściem słońca, wszystko nabrało soczystych barw, tafla wody zmieniła się w lustro, a błękit, zieleń i biel chmur zupełnie odmieniły krajobraz.
To niesamowite, że życie mieszkańców całkowicie kręci się wokół Inle. Jezioro zapewnia im transport, nawadnia ich uprawy, karmi ich. Widzieliśmy dzieci kąpiące się w jeziorze, szkoły w budynkach na palach, wodne „tramwaje”, wiozące duże grupy ludzi. Wkrótce, po długim kursie, dopłynęliśmy do lokalnego targu, gdzie spływali ludzie z okolicznych wiosek. Byliśmy tam chyba jedynymi obcokrajowcami i spotkaliśmy się z dużą dawką nieśmiałości ze strony Birmańczyków, co sprawiało, że przechadzając się z wielkim aparatem czułam się odrobinę jak intruz.

DSC_8080 DSC_8089 DSC_8100 DSC_8107 DSC_8111 DSC_8118 DSC_8130 DSC_8134 DSC_8140 DSC_8145 DSC_8150 DSC_8159 DSC_8161 DSC_8164 DSC_8166 DSC_8176

Odwiedziliśmy jeszcze kilka wiosek, a także dość popularne, ale bardzo ciekawe punkty turystyczne, takie jak wytwórnia jedwabiu i bawełny czy cygar i tytoniu. (Tu zrobiliśmy całkiem przyjemne zakupy, bo choć na co dzień raczej stronię od tytoniu, tak anyżkowa czy waniliowa ręcznie kulana cygaretka wieczorową porą brzmi nie najgorzej!)

DSC_8216 DSC_8268 DSC_8277 DSC_8289 DSC_8304 DSC_8335 DSC_8340 DSC_8342 DSC_8352

Mieliśmy przed sobą jeszcze pół dnia pływania, ale pokonana przez chorobę na pewnym etapie poprosiłam o powrót do miasta i prawie całą drogę przespałam opatulona w kurtkę przeciwdeszczową i chustę, mimo że słońce już grzało jak szalone. Właściciele guesthouse’u bardzo przejęli się moim kiepskim samopoczuciem – nie mogli użyczyć mi łóżka, bo nie mieli żadnego wolnego, ale gorąco namawiali mnie, żebym rozłożyła się na ich kanapie. Przekochani! Donosili wrzątek, sprawdzali sytuację, zaoferowali podwózkę do lekarza – byłam naprawdę poruszona. Inle to niesamowite miejsce, które zapadło nam w pamięć nie tylko ze względu na walory krajobrazowe, ale także (a w zasadzie głównie) ze względu na ludzi, jakich tam spotkaliśmy. A teraz będę udawać, że wcale nie wrzuciłam do tego posta o kilkadziesiąt zdjęć za dużo i zgrabnie zakończę relację z Nyaungshwe. Do zobaczenia w Baganie!