Skip to content

Bagan po raz ostatni

Z każdy kolejnym dniem w Baganie coraz bardziej uświadamiałam sobie, że mogłabym tu spędzić o wiele więcej czasu. Nasz pobyt nie należał do rekordowo długich i choć czułam się usatysfakcjonowana tym, że mogliśmy bez pośpiechu zwiedzić i poczuć to magiczne miejsce, ostatniego dnia, na samym szczycie Shwesandaw do ostatniej chwili przeciągałam moment mojego powrotu na ziemię (dosłownie i w przenośni). Jak wspomniałam w poprzednim poście, mieliśmy przyjemność odkrywać Bagan w naprawdę zacnym towarzystwie. Nasze drogi skrzyżowały się jeszcze w Inle, kiedy to w tym niezwykłym, botanicznym guesthousie poznaliśmy pewną gadatliwą Irlandkę. Wybraliśmy się z nią na kolację i dołączyła do nas para ze Stanów, którzy z Irlandką poznali się na trekkingu z Kalaw do Nyaungshwe, o którym sama czytałam przed przyjazdem do Birmy, ale stwierdziłam, że nie mamy tyle czasu i w rezultacie porzuciłam pomysł. Claire i Colin, bo tak nazywali się nasi nowi znajomi, postanowili wyruszyć do Baganu razem z nami i od tej pory, mimo iż nie podróżowaliśmy wspólnie przez cały czas, notorycznie spotykaliśmy się totalnym przypadkiem. Może przypadkowe spotkanie w restauracji w Baganie czy pod jedną ze świątyń nie było szczególnie niewiarygodne, bo Bagan to jeden, mały kocioł, ale już przypadkowe spotkanie przed umówionym terminem w ogromnym Bangkoku w środku wielkiego tłumu wywołało niemałe emocje. Rzadko zdarzało się, żebym spotykała w podróży ludzi, z którymi aż tak dobrze mi się spędza czas, a z Claire i Colinem polubiliśmy się na tyle, że postanowiliśmy spędzić ze sobą jeszcze trochę czasu w Bangkoku, przed ostatecznym rozstaniem i powrotem do domu. Mega fajni ludzie!

DSC_9307 DSC_9334 DSC_9347 DSC_9367 DSC_9353-2 DSC_9376 DSC_9386 DSC_9391 DSC_9394 DSC_9406 DSC_9412 DSC_9421 DSC_9430 DSC_9457

Tego dnia wspólnie wybraliśmy pagodę North Guni jako nasz punkt widokowy na zachód słońca. Bawiliśmy się przednio, kręcąc się po okolicy na elektrycznych rowerach, wdrapując się na świątynię, przeciskając przez ciasne przejścia i szukając schodów na wyższe poziomy. W przeciwieństwie do Shwesandaw, na North Guni spotkaliśmy tylko kilka innych osób i słoneczny spektakl odbył się tego wieczora dla bardzo kameralnej publiczności.

DSC_9463 DSC_9471 DSC_9487 DSC_9505 DSC_9517 DSC_9535 DSC_9550 DSC_9573 DSC_9595-2 DSC_9616 DSC_9632 DSC_9651 DSC_9654

Na ostatni wschód słońca nie udało mi się już namówić Adama, a Claire i Colin przegapili budzik i zaspali. Samotne brnięcie rowerem przez piaski Baganu w kompletnych ciemnościach dostarczyły mi sporej dawki adrenaliny, ale po drodze spotkałam kilku podobnych samotników, a jeden nawet zatrzymał mnie, tłumacząc, że zgubił w ciemnościach swoich przyjaciół i nie wie, jak nazywa się świątynia, do której zmierzali. Zaproponowałam mu, że pokażę mu drogę do „swojej” pagody, żeby przynajmniej nie przegapił godnie zapowiadającego się wschodu słońca i w ten sposób resztę drogi spędziłam w towarzystwie, choć przyznam, że kiedy gość po raz drugi wywrócił się na skuterze w błocie, gramolił się i marnował bezcenne minuty do wschodu, trochę kręciłam nosem. (Francuz, gdyby ktoś pytał.) Odnalezione wcześniej tajemne przejście za nic nie chciało mi się ujawnić po raz drugi, ale po kilku minutach błądzenia wśród murów North Guni, odnalazłam schody i zdążyliśmy na czas.

DSC_9673 DSC_9694 DSC_9710 DSC_9711 DSC_9723 DSC_9728 DSC_9730

Z racji tego, że jest to ostatni wpis ze zdjęciami z Baganu, a na coś w sumie mogłabym się przydać, czas na kilka amatorskich wskazówek. Dobrym pomysłem jest poszukać hostelu przy drodze pomiędzy Nyaung U a Starym Baganem (bardzo przydatna i dokładna mapa tutaj: klik) Rzut beretem do najważniejszych świątyń, niektóre w zasadzie po drugiej stronie drogi, a hostele w bardzo przyjemnych cenach, choć moim skromnym zdaniem większość budżetowych miejsc w Baganie jest kompletnie bez klimatu, ot, podstawowe pokoje. Nieprawda, że nie da się budżetowo, bo się da, właściwie w całej Birmie nie zapłaciliśmy nigdy za nocleg więcej niż 11 i pół dolara, obalając w ten sposób dziwny mit, jakoby zakwaterowanie w Birmie było koszmarnie drogie. Wypożyczalnie rowerów i elektrycznych bajków otwierają się solidnie przed wschodem w oczekiwaniu na ranne ptaszki, nie trzeba się umawiać z właścicielami, będą czekać. Eksplorowaliśmy Bagan zarówno na rowerach klasycznych, jak i elektrycznych i słowo daję – jak uwielbiam jeździć na rowerze, tak pedałowanie po suchej, słonecznej patelni w longyi to opcja dla prawdziwych twardzieli i koneserów kąpieli we własnym pocie, więc jeśli ktoś planuje całodniowe harce, polecam e-bike.
W Baganie doświadczyliśmy mnóstwo niesamowitych chwil, zawiązaliśmy świetną znajomość, zdążyliśmy się zakochać w tym miejscu i wyjeżdżając, czułam w środku dziwny niepokój, uczucie, które towarzyszy mi zawsze przed pożegnaniem na dłużej i wyjazdem z miejsca, do którego przywykłam lub dla którego straciłam głowę. Uparłam się, żeby na koniec wdrapać się po raz ostatni po zabójczych stopniach Shwesandaw i obiecałam sobie, że nie będzie żadnych rzewnych pożegnań. Wkrótce tam wrócę! Jestem tego bardziej niż pewna.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *