Skip to content

2015

W zasadzie czemu nie podsumować minionego roku? Ostatnio uświadomiłam sobie, że kompletnie nie pamiętam, co właściwie robiłam w roku poprzedzającym i jeszcze wcześniej. Foldery zdjęć piętrzą się na moim dysku, ale tak naprawdę nie ma w tym ani krzty porządku ani chronologii. Co się działo u mnie w 2015?

Styczeń zaczęłam naukowo, relaksując się przy pasjonującej, dermatologicznej lekturze. Ten czas od sylwestrowych fajerwerków do zimowej przerwy międzysemestralnej z perspektywy czasu zawsze strzela jak z bicza, choć w rzeczywistości wlecze się okropnie, gdy trzeba ślęczeć kolejne krótkie dni i długie wieczory nad książkami i udawać, że cokolwiek wchodzi do głowy.

DSC_0144
DSC_0154

Plany lutowego wypadu w odleglejsze strony świata skończyły jako niewiążące gdybanie. Zamiast tropikalnych przygód, wybrałam się z Oliwerem w okolice Buska Zdroju, do uroczego, wiejskiego gospodarstwa, prowadzonego przez jego dziadków. Też dobrze!

DSC_0402
DSC_0622
DSC_0635

Marzec przyniósł coroczną dawkę białego szaleństwa na stokach Tyrolu.

DSC01416b
DSC01614a
DSC01685

Święta wielkanocne spędziłam na uroczej wsi, gdzieś na Dolnym Śląsku, z najlepszą rodziną pod słońcem. Odwiedziłam Śnieżnicki Park Krajobrazowy i wdrapałam się na niewysoki Śnieżnik. Standardowo, śniegu było więcej niż na Boże Narodzenie.

DSC_0221
DSC_0332 DSC_0371
DSC_0440

Kwiecień i maj wspominam jako dziką batalię o każde zaliczenie i egzamin, które mnożyły się jeden za drugim i kiedy już się poddawałam, bo nie starczało mi doby czy samozaparcia, czysty fart sprawiał, że powtarzało się parę pytań i jakoś się zaliczało. Wiosna przeleciała mi między palcami. W samym środku sesji moja kochana medyczna ekipka znalazła czas, żeby przejechać 400 km i zrobić mi imprezę niespodziankę w moim własnym ogródku. Łzy w oczach to mało powiedziane!

DSC_0379

Skończyłam sesję z końcem czerwca, co wcale nie było takie łatwe. Lipiec rozpoczął się nad Jeziorem Żywieckim ze stałą, cudowną ekipą. Pierwszy, wakacyjny oddech, zimne piwo na hamaku i ognisko.

DSC_0705
DSC_0791 DSC_0665

W połowie Lipca wyjechałam na praktyki do Centrum Chorób Serca w Dreźnie, gdzie spędziłam dwa tygodnie, momentami niesamowicie ciekawe, momentami trochę samotne. Najlepiej wspominam intensywny weekend, spędzony z Julką i nowo poznaną współpraktykantką, podczas którego porządnie zwiedziłyśmy Drezno i wyskoczyłyśmy w saksońskie okolice.

DSC_1144
DSC_1354
DSC_1724
DSC_1897

W międzyczasie odbębniałam też uczelniane praktyki: kilka dni pracy przed Dreznem, kilka dni po powrocie. Na całe szczęście ekipa oddziału kardiologicznego była bardzo kochana i nie tylko przymykała oko na moje wakacyjne absencje, co jeszcze wyganiała mnie z oddziału, żebym skorzystała trochę ze słońca. Początek sierpnia przyniósł wyjazd do Oslo, gdzie dołączyłam do chłopaków, którzy w tym czasie pracowali w biurze z widokiem na morze i ociekającą splendorem dzielnicę Tjuvholmen. No biggie.

DSC_2990
DSC_2992
DSC_3095
DSC_3413
DSC_3461

Poszwendałam się po Oslo, sfotografowałam Operę, odwiedziliśmy świetne muzeum Fram i parę innych, ciekawych lokalizacji. W drugiej połowie sierpnia wybraliśmy się na Kraków Live Festiwal, pokołysać się trochę do Mo i Kendricka Lamara, zjeść najlepszą pizzę i przypomnieć sobie, że Kraków, choć śmierdzący i duszny, jest bardzo uroczy!

DSC_3480

Końcówkę sierpnia, jak co roku od ponad dwudziestu lat w moim przypadku, spędziliśmy na Półwyspie Helskim, jedząc gofry i czekając na wiatr.

DSC_3762
DSC_3769
DSC_3765

Wracając na południe Polski, zahaczyliśmy o Parchowo i zabawiliśmy tam parę dni, z czego dwa spędziliśmy kajakując przepiękną rzeką Słupią. Skróciliśmy wyjazd na koszt pożegnalnej imprezy w Warszawie, gdzie wyściskaliśmy naszych przyjaciół, rozjeżdżających się po całym świecie nawet na cały rok i z pierwszymi dniami września wróciliśmy do domu.

DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO
DCIM104GOPRO

To był dla mnie trudny czas – pierwszy raz czekała mnie tak długa podróż bez Oliwera, bo tym razem moim podróżniczym kompanem był Adaś, mój brat. 6 września wylecieliśmy z Berlina do Bangkoku i rozpoczęliśmy kilkutygodniowy rajd po Tajlandii, Birmie i Laosie. Przedwyjazdowa panika była kompletnie niepotrzebna, wróciliśmy jako lepsi ludzie, z mnóstwem nowych planów w głowach i odrobinkę spóźnieni na zajęcia w nowym roku akademickim.

DSC_9307
DSC_9616
DSC_6406
DSC_4994
DSC_8176
DSC_3357

Nie pamiętam zbytnio października i listopada – oprócz powyjazdowej tęsknoty za byciem w drodze i braku mobilizacji do czegokolwiek, nie mam żadnych wspomnień z tych coraz krótszych dni. Grudzień rozpoczął się wyjazdem na fantastyczną konferencję do Lipska, a przez pozostałą część ostatniego miesiąca odliczałam dni do świąt, obchodzonych w moim domu bardzo rodzinnie i bardzo intensywnie.
Ostatnie dni roku spędziłam w pięknych, choć szokująco zanieczyszczonych Tatrach. Z prawie każdego komina w miejscowościach, które mijaliśmy, sączył się obrzydliwy, żółtawy, cuchnący dym. Starałam się o tym nie myśleć i jednak pamiętać o oddychaniu, ale nie było łatwo. Ruszyliśmy się na Gęsią Szyję, a Sylwestra spędziliśmy w małym domku znajomych w Dębnie w niewielkim gronie.

DSC_6508
DSC_6545
DSC_6580
DSC_6636

I ot, cały rok. Minął jak mrugnięcie okiem. Postanowienia noworoczne? Podróżować. Dbać o ludzi. I o siebie, troszkę więcej. Korzystać. (W tym roku znalazłam pierwszego siwego włosa.) I nie bać się.