Skip to content

Znikające Borneo

Okolice góry Kinabalu to ostatnie miejsce, w którym widzieliśmy las. Przed przyjazdem na Borneo wydawało mi się, że zdaję sobie sprawę z powagi problemu, jakim jest deforestacja tej wyspy i lasów deszczowych na świecie w ogóle i miałam rację – wydawało mi się.

dsc_1666dsc_1669dsc_1673dsc_1683

Byłam przygotowana na połacie plantacji palmy olejowej, na smutny widok obszarów wycinki, jednak spodziewałam się także jakiegokolwiek zalesienia na tym nieszczęsnym 300-kilometrowym odcinku przez Sabah, który mieliśmy pokonać w ciągu kilku dni. Tymczasem kilka marnych kilometrów drogi wijącej się pośród wysokich drzew szybko zamieniło się w autostradę przecinającą niekończącą się plantację i tak już w zasadzie przez resztę trasy.

dsc_1840 dsc_1851dsc_2444

Podróż przez malezyjskie Borneo była po prostu wstrząsająca. Zatrzymywaliśmy się tylko na chwilę, bo upał był nie do wytrzymania – rozległe uprawy zachowują się jak patelnia, gorąc aż bucha z asfaltu, którym śmigają ciężarówki z ogromnymi ładunkami owoców palmy olejowej. Plantacje ciągną się aż po horyzont, pokrywają każdy pagórek, przez dziesiątki kilometrów. Krajobraz nie zmienia się przez kilka godzin – plantacja, plantacja, plantacja. Nietrudno o atak paniki, że ta palmowa pustynia nie ma końca.

dsc_2420dsc_1835

Wypatrywaliśmy lasu. Zmierzaliśmy do Sepilok – miejsca, w którym orangutany i nosacze odnajdują schronienie, gdzie podobno wyznaczono dla nich rezerwat. Do miejsca, które jest wizytówką Sabah i które reklamuje się w telewizorkach, zamontowanych w autobusach kursujących z lotniska. Było dla nas jasne, że plantacja w końcu musi ustąpić drzewom. I ustąpiła – tuż pod bramą. Zarówno Sepilok Orangutan Rehabilitation Center, jak i Labuk Bay Proboscis Monkey Sanctuary to po prostu dwa małe ogródki urządzone pośród tej ogromnej monokultury. Przyjedźcie, na pewno zobaczycie dzikie zwierzęta! Bez obaw, i tak nie mają gdzie uciec, otacza je morze palmy olejowej.

dsc_1815

Powyżej droga do Labuk Bay Proboscis Monkey Sanctuary, kawałek od wejścia. Poniżej osobliwe nosacze, zwabione w okolice platformy obserwacyjnej ogórkami.

dsc_1785 dsc_1767 dsc_1707 dsc_1781

Na świecie każdego roku znika las o powierzchni porównywalnej do powierzchni Panamy. Ostatnie raporty naukowe dotyczące Borneo są gorsze niż szacowano. Niemalże 80% lasów malezyjskiego Borneo zostało już naruszone głównie w postaci legalnej i nielegalnej wycinki, nowych plantacji palm olejowych, budowy dróg. Do 22% lasów malezyjskiej części Borneo jeszcze nie dotarły buldożery. Jedynie 8% lasów prowincji Sabah i 3% lasów prowincji Sarawak objętych jest ścisłą ochroną. Lasy, które jeszcze istnieją, padają ofiarą ogromnych pożarów. Jako że w Malezji uprawa palmy olejowej to pewny dochód, parają się tym wszyscy i wszyscy mają z tego zysk. Nielegalna wycinka kwitnie, nikt niczego tu nie dokumentuje, deforestacja Borneo już dawno wymknęła się spod kontroli. Zresztą sam rząd raczej nie planuje zatrzymać tej tragedii, wszak priorytetem Malezyjczyków jest stać się jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata, bez względu na koszty. Obecnie Malezja eksportuje najwięcej oleju palmowego ze wszystkich palmowych krajów Azji. Jest na drugim miejscu w kategorii tempa wycinki lasów, wyżej na podium dumnie stoi Indonezja. Rozwój godny podziwu!

Oprócz opłakanych skutków dla całego ziemskiego klimatu, niszczenie Borneo to także śmierć endemicznych, niepowtarzalnych gatunków roślin i zwierząt. Orangutany, nosacze i wiele innych stworzeń, zniknie z powierzchni ziemi szybciej niż myślimy. W Sepilok odwiedziliśmy Centrum Rehabilitacji Orangutanów. Tłumy ludzi odwiedzają Borneo zobaczyć ostatnie orangutany, zrobić sobie selfie z nosaczem, pooglądać trochę plakatów o deforestacji i globalnym ociepleniu i szybko o nich zapomnieć. Część z nich pojęczy trochę, że straszne to wszystko jest, no straszne. Tymczasem kuchnie w ich domach pełne są oleju palmowego, być może nigdy nie sprawdzili składu produktu w celu innym niż kontrola kalorii, a część z nich w ogóle nie widzi związku. (Nie zrozumcie mnie źle, nie potępiam każdego, kto nie rozmyśla o środowisku każdego dnia, ale naprawdę spotkaliśmy tam ludzi, którzy przyjechali na Borneo po prostu zobaczyć małpę. Zero przemyśleń, umysł nieskażony wątpliwością, po prostu dawaj mi tę małpę do obiektywu.) I nie, nie twierdzę, że rezygnacja z produktów zawierających olej palmowy załatwia sprawę, jest wręcz niemożliwa. Chodzi o świadomość.

Zobaczyliśmy orangutany, których zdjęć nie mam, bo byłam już zbyt przybita wszystkim wokół i zostawiłam aparat (to się nie zdarza, a jednak się zdarzyło), małe orangutaniątka przez moment rozjaśniły nasze zachmurzone myśli i opuściliśmy przybytek. W Sepilok odwiedziliśmy jeszcze Rainforest Discovery Center. Kolejny mikroskopijny kawałek lasu, którego nie wycięto tylko dlatego, że turystyka też przynosi jakiś dochód, a przecież nikt nie przyjeżdża na Borneo oglądać palmy, tylko dziką przyrodę.

dsc_1895 dsc_1901 dsc_1909 dsc_1926 dsc_1946 dsc_1961 dsc_1969

Gdy rozmyślam o tym wszystkim, czuję wstręt do samej siebie. Choć staram się, aby moja codzienna konsumpcja była w możliwym stopniu jak najmniej szkodliwa, a z wieloma problemami jestem zaznajomiona nie od dziś, nie zliczę ile razy machnęłam ręką i kupiłam tego cholernego loda, batona z Nestlé (który jest najwierniejszym importerem oleju palmowego, a do tego oskarża się koncern o wyzysk dzieci przy pracy na plantacjach, z których pochodzą ich surowce) czy inny produkt z olejem w składzie. Dlaczego? Bo nie było alternatywy, bo wszystko zawiera olej palmowy, bo bardzo miałam ochotę na coś słodkiego. Nie dość, że jako konsument przyczyniłam się do spustoszenia Borneo, to miałam jeszcze czelność być tam i podglądać te nieszczęsne orangutany czy nosacze, które mogłam zobaczyć z tak bliska tylko i wyłącznie dlatego, że nie ma żadnego innego miejsca oprócz tego marnego skrawka lasu, w którym mogłyby się podziać.

Wycinki lasów deszczowych, plantacje palmy olejowej, wycinki lasów strefy umiarkowanej, rolnicze monokultury, produkcja mięsa na masową skalę, wyjałowiona gleba, pływające wyspy śmieci na oceanach, umierające rafy koralowe, umierające pszczoły.

Czy garstka zaangażowanych osób może cokolwiek zdziałać w tym zalewie ludzkiej ignorancji? Czy małe, lokalne działania mają jakiekolwiek znaczenie? Czy to, że postawię sobie dom energooszczędny, będę czytać składy i kompostować, ma w ogóle najmniejszy sens? Znam osobę, która świadomie ignoruje problem i zupełnie nie przejmuje się środowiskiem, bo „i tak nie dożyje momentu, w którym cokolwiek realnie zniknie”. Pomijając już sam cynizm, tu nie chodzi o nas. Chciałabym, żeby moje dzieci zobaczyły jeszcze trochę świata takim, jakim ja go widziałam, a tymczasem kolejnym pokoleniom pozostawiamy po sobie jedynie spustoszenie.

Każdemu problemy środowiska wydają się odległe, nienamacalne, nie swoje własne, nie najważniejsze. Kiedy wszyscy w końcu sczeźniemy z głodu na tej Ziemi, którą ogołociliśmy, nikt nie będzie miał już żadnych problemów.

Ot, przemyślenia prosto z Borneo, zielonego serca Ziemi, płuc świata.

dsc_2048dsc_2020

Parę linków:

I na koniec – oglądaliście?

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *