Skip to content

Tana Toraja

– A potem lecimy na Sulwesi! – Na Sula… co?

Na początek historia jeszcze sprzed Sulawesi, ale po drodze na Sulawesi, a warta wzmianki. Z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym zakupiliśmy bilety na autobus nocny z Denpasar do Surabai, skąd mieliśmy następnego popołudnia samolot wprost do samego serca piekła, Makassaru. Gdy przyszło co do czego i przyjechaliśmy na dworzec z biletami, „agent” firmy, który dwa dni wcześniej sprzedał nam bilety (gwarantując super autokar – pokazał nam wręcz, którym będziemy jechać), zaczął pokrętnie tłumaczyć, że w autobusie, którym mieliśmy jechać… właśnie skończyły się miejsca i nie pojedziemy. A bilety? – wściekli wymachujemy mu biletami przed oczami. Gość wzrusza ramionami, zbywa nas, kryje się po zaułkach dworca (dodajcie do tego noc i tłumy typów w żonobijkach, kopcących paskudne papierosy), zasłaniając się różnymi sprawami, przez które nie ma czasu wyjaśnić sprawy, w końcu daje za wygraną i mówi, że pieniądze może oddać. Nie siląc się na grzeczności, wyjaśniamy, gdzie może sobie wcisnąć te pieniądze i że natychmiast ma nam znaleźć autobus do Surabai. Pół godziny przepychanek, plucia sobie w twarz, zatrzymywania autobusu, który w końcu odjechał bez nas. Jeszcze chwila, a doszłoby do rękoczynów, gdy pojawił się nasz wybawiciel. Pięknie mówiący po angielsku, sympatyczny Indonezyjczyk (jeden z trzech sympatycznych Indonezyjczyków, których spotkaliśmy w ciągu całego miesiąca), który wsadza nas do autobusu, nie pozwala autobusiarzowi zedrzeć z nas pieniędzy i czeka przez godzinę, upewniając się, że autobus odjechał z nami w środku, bo gdyby nie – zawiózłby nas samochodem możliwie jak najdalej. Wdzięczność i wzruszenie to mało! Strasznie żałuję, że nie wymieniliśmy się mejlami, ale byliśmy na tyle zdenerwowani, że nie przyszło nam to do głowy. Chciałabym mu po stokroć podziękować raz jeszcze i mam nadzieję, że ktoś kiedyś wyświadczy mu równie ogromną przysługę. A morał z tego taki: nie kupujcie biletów z wyprzedzeniem i nie kupujcie biletów u żadnego agenta. Tylko autobusiarze sprzedają prawdziwe bilety i dopóki nie usiądziesz tyłkiem na swoim miejscu, dopóty nie masz żadnej rezerwacji. A najlepiej trafić cud-człowieka, który ogarnie wszystko za Ciebie i poustawia tych darmozjadów pod ścianą, bo wie, jak to całe szachrajstwo działa. Amen.

Podróż tym autobusem była straszna. Oprócz mnie w autobusie była możne jeszcze jedna kobieta, ludzie siedzieli między rzędami, na siedzeniach rozsypane były jakieś trutki na robale, od których dostałam potem strasznej wysypki, mijaliśmy jakieś pożary, a kierowca pędził tak szaleńczo, że byłam pewna, że tej nocy pożegnamy się z życiem. Wyszliśmy jednak z tego koszmaru żywi, dotarliśmy na lotnisko na czas i dolecieliśmy (malutkim Bombardierem Garudy, wraz z zaledwie kilkunastoma innymi pasażerami) do Makassaru, najbrzydszego azjatyckiego miasta, w jakim byłam. Słowo daję, nie zrobiłam tam ani jednego zdjęcia, czułam się nieszczególnie bezpiecznie, nie było tam osoby, która by się na nas nie gapiła, a przechodnie robili nam zdjęcia. Generalnie chciałam jak najszybciej wyjechać, co też zrobiliśmy i po nocnej podróży – dla odmiany – najwygodniejszym na świecie autokarem z ogromnymi, miękkimi fotelami, dotarliśmy do Rantepao, stolicy krainy Torajów.

dsc_4709

Tana Toraja to górzysty i bardzo zielony region w centralnej części Celebesu. Zamieszkują go Torajowie, grupa etniczna o niezwykłej kulturze i zwyczajach. Formalnie rzecz biorąc w Tana Toraja panuje chrześcijaństwo, jednak Torajowie bardzo gorliwie praktykują animizm i pradawne wierzenia. Na całym świecie znani są z wyprawiania pogrzebów z ogromnym rozmachem, ale także inne elementy życia codziennego zdradzają ich przywiązanie do dawnej kultury: charakterystyczne budynki, zwane tongkonan, o kształcie łodzi lub bawolich rogów (dla mnie zdecydowanie bardziej to drugie) czy chowanie zmarłych dzieci w drzewach. Będąc w Rantepao przez kilka dni zdołaliśmy liznąć trochę tej przedziwnej atmosfery, głównie za sprawą cudownej przewodniczki, Franciski, która zaopiekowała się nami na cały ten czas. Z reguły nie korzystamy z usług przewodników, ale tutaj poprosiliśmy o pomoc z racji na wyjątkową odmienność kulturową, obawą przed popełnieniem faux pas i potrzebą zrozumienia wszystkiego, co się działo. Siska była naszym mentorem we wszelkich sprawach związanych ze śmiercią w kulturze Torajów, zabrała nas i na pogrzeb i na najpyszniejszą zupę w okolicy, a na samo wspomnienie jej szerokiego uśmiechu, robi nam się ciepło na sercu.

W Rantepao jest zaledwie kilka miejsc, w których można się zatrzymać i tak samo mało miejsc, w których można coś zjeść. Wynajęliśmy pokój z przedziwnym widokiem na zielone wzgórze z wielkim białym krzyżem na szczycie, w hotelu Pia’s Poppies. Miałam dziwne wrażenie, że zatrzymali się tam wszyscy indywidualni turyści przebywający w danej chwili w Rantepao – czyli góra kilkanaście osób. Kiedy nie byliśmy z Siską, zwiedzaliśmy okolice Rantepao na własną rękę na skuterze, posługując się kiepską mapą i przez większość czasu błądząc.

Objazd zaczęliśmy od wioski Kete-Kesu, gdzie można obejrzeć przepiękne tongkonan o kapitalnych ornamentach. Wzornictwo (nie wiem, czy można użyć tego słowa w tym kontekście), obecne wszędzie w regionie Tana Toraja nie przypominało mi żadnego innego, które spotkałam wcześniej i byłam zachwycona.

dsc_4729dsc_4716dsc_4718dsc_4735

Jedynie do Kete-Kesu udało nam się dotrzeć bez większego problemu, później był już tylko spontan. Pogubiliśmy się kompletnie i postanowiliśmy po prostu pozwiedzać okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów bez konkretnego planu. Z początku próbowaliśmy dopytać o drogę jednego z chłopców, wracających ze szkoły, który mógł mieć nie więcej niż czternaście lat i widać było, że wkłada mnóstwo zaangażowania w rozmowę z nami. Strasznie mnie rozczuliło, jak bardzo wykorzystał daną mu okazję na przetestowanie na nas tego, czego nauczył się w szkole i jak bardzo starał się wypowiadać wszystko poprawnie. „It was very nice to meet you! Have a nice day!” Niemniej jednak jego wskazówki niewiele nam pomogły i po prostu jechaliśmy przed siebie, rozglądając się wokół. Kilka razy złapała nas ulewa, którą przeczekiwaliśmy pod dachami zainteresowanych miejscowych, trochę podglądaliśmy pracę na licznych polach ryżowych i w ten niezorganizowany sposób zwiedziliśmy kawałek regionu.

dsc_4743 dsc_4752 dsc_4773 dsc_4781 dsc_4791 dsc_4798 dsc_4805 dsc_4819 dsc_4823 dsc_4829

Pewnego dnia wybraliśmy się na mały trekking, polecany w przewodniku (po którym spodziewałam się trochę więcej terenu, trochę mniej asfaltowej drogi; prawdę mówiąc, był to po prostu spacer) z Batutumongi do Rantepao. Do Batutumongi podrzucił nas znajomy Franciski, a stamtąd szlakiem wijącym się wśród wiosek i pól doszliśmy z powrotem do Rantepao. Tego dnia rozwaliłam na drobny mak swój filtr polaryzacyjny, gdy potknęłam się wchodząc do ciężarówki, którą złapaliśmy na stopa. Rozbić filtr polaryzacyjny przed dotarciem na Togeany, gdzie był potrzebny najbardziej na świecie – ot, cała ja.

dsc_5099 dsc_5100 dsc_5101

Spacer był bardzo miły, choć początkowe widoki przesłoniła nam gęsta mgła, więc pewnie wiele nas ominęło. Przed przyjazdem do Tana Toraja rozważałam dłuższe, kilkudniowe i bardziej wymagające trekkingi w okolicy Mamasy, ale przerosło mnie trochę logistyczne ogarnięcie tej misji – na Sulwesi nie ma prostych połączeń, autobusy łączą jedynie największe miasta, żeby dostać się w trudniej dostępne miejsce trzeba załatwiać smochód 4×4, a „bez przewodnika to ani rusz” i faktycznie – tak naprawdę nic tam nie jest dobrze opisane, oznaczone i zbadane. Odniosłam wrażenie, że odkrywanie Sulawesi niezadeptanymi ścieżkami jest dla twardzieli z większym budżetem.

dsc_5105 dsc_5118 dsc_5126 dsc_5128 dsc_5135 dsc_5144

Powyżej goździki suszone na słońcu – zapach górzystych regionów Bali i Sulawesi. W tych okolicach goździki suszą się na ulicach i gdy przejeżdża się obok, słodki, kwiatowo-korzenny zapach uderza w twarz. Jedno z najpiękniejszych zapachowych wspomnień!

A poniżej najcenniejsze dla Torajów zwierzę: bawół albinos, mercedes wśród bawołów. Na targach zwierząt, gdzie sprzedaje się tak zwany żywy towar (ceny są podobno zawrotne), bawół-albinos to kąsek dla najzamożniejszych.

dsc_5156 dsc_5168

Ogólnie rzecz biorąc, Sulawesi było jednym z najbardziej „innych” miejsc, w których byliśmy. Czuliśmy się tam dziwnie, trochę zachwyceni, trochę zagubieni i w rezultacie teraz, gdy siedzę w domu, te odczucia są dla mnie najwyraźniejsze i pamiętam je bardzo dobrze. Pobyt w Tana Toraja był niesamowitą przygodą, a całe Sulawesi jawi się w naszych wspomnieniach jako jeden wielki kontrast, o czym zresztą jeszcze trochę opowiem przy okazji ostatniego posta z Celebesu. Na koniec kilka migawek ze skuterowych przejażdżek, a w następnym odcinku (werble) pogrzeb i mnóstwo mrożących krew w żyłach opowieści!

dsc_5246 dsc_5262 dsc_5241 dsc_5274 dsc_5286 dsc_5295

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *