Skip to content

Śmierć w Tana Toraja

Życie Torajów kręci się wokół chowania zmarłych. Każde pokolenie pracuje, aby wyprawić godny pogrzeb zmarłym członkom swojej rodziny, a potrzebują na to sporo pieniędzy, bo to nie jest zwyczajny pogrzeb. To wydarzenie, które kosztuje krocie, na które zjeżdża się całe miasto, które trwa przez kilka dni i podczas którego częstuje się wszystkich – a na to wszystko trzeba zarobić. Co jeśli pieniędzy nie ma, a babcia właśnie zmarła? Cóż… babcia poczeka.

dsc_5077dsc_5063dsc_5071

Jak wspomniałam w poprzednim poście, przyjeżdżając do Rantepao wiedzieliśmy już, że aby odwiedzić ważne miejsca, zrozumieć istotę wielu spraw, nie popełnić żadnej gafy i poznać trochę kulturę i zwyczaje Torajów, musimy zdecydować się na przewodnika. Jako że Indonezja jest krajem, w którym seksizm ma się bardzo dobrze, a z indonezyjskimi przedstawicielami płci męskiej, mówiąc lekko, nie polubiliśmy się w ogóle, chcieliśmy koniecznie, aby naszą przewodniczą została kobieta. Podjechaliśmy do oficjalnego biura turystyki w Rantepao (w istocie była to mała klitka z dwoma biurkami), gdzie po wysłuchaniu naszej koncepcji młoda, piękna dziewczyna o kręconych włosach klasnęła w dłonie i powiedziała, że absolutnie podziela nasze zdanie i że trafiliśmy idealnie, ponieważ pracują tu wyłącznie kobiety i że Franciska jest po prostu najlepsza i chętnie nas weźmie pod swoje skrzydła. (Swoją drogą warto zwrócić uwagę na fakt, że w Tana Toraja bardzo wiele osób nosi chrześcijańskie imiona, co jest niezbyt popularne w pozostałych częściach Indonezji i Azji Południowo-Wschodniej w ogóle.) Franciska była przekochaną mamą, uparcie nazywała mnie KASIJA i nawet wtedy, kiedy miała już innych ludzi danego dnia, wciąż nam pomagała i przyjeżdżała do Pia’s Poppies sprawdzić, jak się mamy i czy wszystko zgodnie z planem.

Processed with VSCO with f1 preset

No to jedziemy! Wczesnym rankiem wypożyczyliśmy z Franciską skutery i ruszyliśmy do pierwszego celu, Londy. Wszyscy nam się przyglądają, połowa przechodniów pyta Franciski, czy mogą zrobić nam zdjęcie, jedna trzecia nie pyta, tylko robi.

dsc_4846

Londa to miejscowość, w której można obejrzeć składane w skalnej jaskini trumny i drewniane podobizny osób, które zostały w tych trumnach pochowane, wystawione na froncie, by pilnować miejsca spoczynku. Zamożniejsi ludzie mogą pozwolić sobie na pochówek wewnątrz skały czy na najwyższych półkach, biedniejszym pozostaje trumna pozostawiona na zewnątrz i niżej. Czy nie brakuje miejsca? Brakuje. Trumny, w których pozostają już tylko kości, są likwidowane, a ewentualne pozostałości w postaci czaszki wystawiane w rządku na zewnątrz.

dsc_4850 dsc_4843

Odwiedziliśmy także Lemo, kolejne z najsłynniejszych miejsc pochówkowych. Bardziej niż ludzkie szczątki, trumny i groby wydrążone w skale, jeżą mi skórę na karku te nieco upiorne kukły. W Lemo spędziliśmy chwilkę, odwiedziliśmy groby i przeszliśmy się po okolicznych polach.

dsc_5055 dsc_5080dsc_5074

Około południa przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli pogrzeb w miejscowości nieopodal Rantepao. Torajanie uważają, że najważniejszym wydarzeniem w życiu człowieka jest… jego pogrzeb, więc obchodzą go z odpowiednim rozmachem, zaangażowaniem i rozgłosem. Praktycznie całe życie Torajów kręci się wokół pogrzebów: dalszej rodziny, bliższej rodziny, osób z miasteczka. Pogrzeby takie trwają zazwyczaj kilka dni, składają się na nie liczne wydarzenia: od uroczystego powitania i gromadzenia się gości, przez walki bawołów i rytualne ubijanie świń i bawołów na głównym, pogrzebowym dziedzińcu.

dsc_4987

Na wejście przygotowaliśmy prezenty – cukier i herbatę – w które Franciska poleciła nam się zaopatrzyć, a sama przygotowała dla nas czarne, żałobne sarongi. Szczególnie mocno doceniliśmy gest Franciski, gdy spotkaliśmy na pogrzebie innych turystów w kolorowych, jaskrawych ubraniach. Nie tylko w kwestii ubioru i prezentu Franciska pomogła nam uniknąć wpadki – przez cały czas instruowała mnie, kiedy mogę robić zdjęcia, a kiedy nie, gdzie stawać, a gdzie nie stawać, za co byłam jej niezwykle wdzięczna, bo inni pałętali się wszędzie, wchodzili buciorami w strefę przeznaczoną dla rodziny i ogólnie robili przysłowiowe bydło. Wielu znajomych Franciski doceniło nasze żałobne stroje i stosowne zachowanie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że bez przewodnika na takie wydarzenia nawet nie ma co się pchać, bo faux pas gwarantowane, a przecież nie chodzi o to, żeby deptać czyjeś zwyczaje, ale żeby móc podejrzeć taką uroczystość, zachowując się przy tym skromnie, niewidzialnie i z szacunkiem, bo to wciąż pogrzeb. Ja wiem, że to wygląda jak wielki event i dla Indonezyjczyków niekoniecznie jest to czas czarnej rozpaczy, lecz raczej wydarzenie towarzyskie, ale to, że nie wszyscy miejscowi zachowują się na pogrzebie tak jak wydawałoby nam się, że powinni, nie oznacza, że nam też wolno.

dsc_4889dsc_5004

Na dziedzińcu pogrzebowym cały czas gromadzili się ludzie. Najważniejsze dla zmarłego rodziny miały wyznaczone „stanowiska” w mniejszych tongkonan, a w głównym budynku ukryta była trumna. Zjeżdżający się ludzie zwozili świnie, bawoły i podarunki dla gospodarzy, a wokół panowała ogólna zawierucha. Jeśli ktoś nie jest pewien, już wyjaśniam: świnki przywiązane do bambusowego kija żyją i kwiczą. Generalnie zrobi się teraz trochę mniej przyjemnie.

dsc_4922dsc_5001 dsc_4999 dsc_4893 dsc_4900 dsc_4918

Pierwszego dnia pogrzebu ubito jednego bawoła i kilka świń, aby przygotować odpowiedni poczęstunek. Rytualny ubój zaplanowany był na dzień trzeci, w którym to nie planowaliśmy uczestniczyć. Na mniejszych pogrzebach składa się w ofierze kilka bawołów czy świń, na większych – takich, jak ten, na który przyszliśmy – nawet do kilkudziesięciu bawołów ginie w krwawej rzezi ostatniego dnia uroczystości. Uwaga, drastyczne zdjęcia.

dsc_4906 dsc_4951 dsc_4870 dsc_4867 dsc_4945

Spędziliśmy tam kilka godzin, podczas których cały czas dojeżdżali kolejni goście. Pokręciliśmy się jeszcze trochę, Franciska zabrała mnie ze sobą do znajomych, zajmujących się na zapleczu kuchnią i przez chwilę biernie uczestniczyłam w krzątaninie. Kobiety pytały mnie czy jestem zamężna, z zainteresowaniem dotykały włosków na moich przedramionach i proponowały, że zrobią mi piękny makijaż, który będzie pasował do sarongu, który miałam wtedy na sobie.

dsc_4961 dsc_4967 dsc_4973dsc_4980dsc_4984

Po zakończeniu uroczystości, czyli po tych kilku dniach wszelakich atrakcji związanych z pogrzebem, trumna zostaje złożona do grobu o lokalizacji odpowiedniej do stanu majątkowego danej rodziny. Od tej chwili dzieliło nas jednak jeszcze kilka dni. Wycofaliśmy się i ruszyliśmy obejrzeć dziecięce grobiki, a po drodze wpadliśmy do ulubionej miejscówki Franciski, gdzie sprzedawało się najlepszą Bakso Babi w mieście.

Processed with VSCO with f1 preset

Dziuple dla dzieci to jedna z moich ulubionych ciekawostek z całego pobytu. Kiedy jeszcze kilkadziesiąt lat temu animizm miał się tu dużo lepiej niż jakiekolwiek inne wyznanie, niemowlęta i małe dzieci, które zmarły, chowane były w dziuplach, wydrążonych w drzewach, gdyż wierzono, że wtedy ich dusze mogą wrócić tam, skąd przybyły. Teraz już nie chowa się ich w ten sposób, ale przyznajcie, że pięknie pomyślane! Idea animizmu zresztą bardzo mnie zainteresowała, gdy rok temu, podczas trekkingu w Laosie, dzieliliśmy się jedzeniem z duchem rzeki i od tej pory wszelkie akcenty animistyczne, które napotykam w podróży, zawsze bardzo mnie ekscytują.

dsc_5027 dsc_5033

W ramach pogrzebu przejechaliśmy się jeszcze na walki bawołów. Jak można się domyślić, nie jestem zwolennikiem takiej rozrywki. Walki bawołów okazały się jednak niezbyt krwawe i odbywały się raczej według schematu: 1) wypuszcza się bawoły na ring, 2) bawoły albo się lubią i nici z walki, albo się nie lubią i trochę się poprzepychają rogami, 3) bawoły oceniają swoje szanse, jeden z nich bierze nogi za pas, drugi za nim pędzi, często wydostają się poza ring i gonią się po polach, aż się nie zmęczą. Nie było krwi, okrucieństwa też raczej nie, choć idea takiej rozrywki jest dla mnie niezrozumiała. Tak czy inaczej, z walkami bawołów wiąże się zabawna historią z cyklu, który nazwałam „oszukać przeznaczenie”, gdyż takich historii z tej podróży mamy mnóstwo (trzęsienie ziemi w Birmie kilka dni po naszym wyjeździe, wybuch wulkanu na Lomboku po tym, jak zdecydowaliśmy się jednak tam nie jechać i kilka mniej spektakularnych). Franciska, jak się okazało, była na tychże walkach z innymi turystami i wypatrzyła w tłumie mnie, stojącą w niewielkiej odległości od barierki. KASIJA! – słyszę – Hati, hati! Odnalazłam Franciskę wzrokiem i po krótkiej radości na jej widok, rozszyfrowuję jej gesty. Odsunąć się od barierki – pokazuje Franciska. Uznałam, że nie będę chojraczyć, nie musimy widzieć wszystkiego z bliska i w rezultacie wdrapaliśmy się na skarpę, skąd widok też był niezły. Dwadzieścia sekund później dokładnie w to miejsce z rozpędem władował się byk, taranując ogrodzenie i ludzi, stojących tuż obok. Widziałam jak potraktował rogami niemiecką turystkę, obok której chwilę wcześniej stałam ja. Kobiecie nic się na szczęście nie stało, ale mogło, a i ja z moim aparatem uszliśmy z życiem dzięki Francisce.

dsc_5221 dsc_5197 dsc_5210

A wracając do pytania z początku wpisu – co jeśli babcia zmarła, a rodzina nie ma wystarczających funduszy na godny pogrzeb? Ano wtedy babcia czeka na swój dzień i to jest chyba jeden z najdziwniejszych zwyczajów Torajów. Torajowie mumifikują zmarłą osobę i po prostu mieszkają z nią aż do chwili, gdy będzie ich stać na pogrzeb. Czasem są to miesiące, czasem lata. Charakterystyczne jest to, że zmumifikowane osoby traktuje się nie do końca tak, jakby rzeczywiście były zmarłe. Odwiedza się je, czasem jada się z nimi posiłki, rozmawia się z nimi. Jedna z rodzin, które znała Franciska, aktualnie mieszkała ze zmumifikowanym członkiem rodziny i zgodziła się nas przyjąć. Ponownie przyszykowaliśmy prezent – cukier i herbatę – i mogliśmy odwiedzić Omę, która umarła w wieku 105 lat (!) przed pięcioma miesiącami. Z Omą należało się przywitać, pożegnać i podziękować za gościnę. Rodzina nie miała nic przeciwko zdjęciom, ale czułabym się dziwnie, fotografując ot tak zmumifikowane ciało, więc uwieczniłam Omę na bardzo dyskretnym zdjęciu zza woalu i wydaje mi się, że takie zdjęcie może być w tej sytuacji odpowiednie. Poznajcie Omę.

dsc_5089

To już wszystkie nasze przygody z regionu Tana Toraja. Poznaliśmy odrobinę zwyczaje niezwykle ciekawej grupy etnicznej, rozszerzyliśmy horyzonty, sporo się nauczyliśmy (nie tylko tego, żeby nie stać przy barierce ringu dla byków). Każdemu życzę podobnej konfrontacji z tak odmienną kulturą – myślę, że uczy to nie tylko zrozumienia, ale w dużym stopniu także pokory.