Skip to content

Togeany – część pierwsza

Do dzisiaj zastanawiam się, skąd wziął się pomysł na Togeany. W większości przewodników o Sulawesi nie pisze się zbyt wiele, a o Togeanach już w ogóle, ale wraz z krystalizacją naszego planu podróży, Togeany zaczęły jawić nam się jako wisienka na torcie, najsmaczniejszy kąsek, spesjalite de la mezą (i wstawcie tu dowolny epitet, od którego się łezka w oku kręci), co zresztą okazało się stuprocentowo słuszne, bo gdybyśmy nie mieli do czego wracać, zostalibyśmy tam na zawsze, bez mrugnięcia okiem wyrzekając się zasięgu, internetu, elektryczności i tego wszystkiego, bez czego nie potrafimy żyć na co dzień.

DSC_5541

Na Togeany dostaliśmy się w następujący sposób: gospodyni Victory Hotel w Tentenie załatwiła dla nas i czterech Słowaków prywatnego vana, którym dostaliśmy się do Ampany (6 godzin przepięknej drogi). W Ampanie przenocowaliśmy u Eddiego, menadżera wszystkich przybywających na Togeany z południa (bo załatwia wszystko wszystkim, a poza tym jest jednym z wspomnianych wcześniej trzech porządnych Indonezyjczyków, z którymi mieliśmy do czynienia), u którego zakupiliśmy bilety na łódź, odpływającą następnego dnia. Aby dostać się na Togeany, trzeba zarezerwować na to kupę czasu, bo na Sulawesi żaden transport nie działa jak trzeba i wszystko przeciąga się niemiłosiernie. Po nocy spędzonej w Ampanie, ostatnim miejscu z zasięgiem, telefonem i bankomatem, wrzuciliśmy plecaki na łódź i popołudniu wylądowaliśmy w Wakai, gdzie pośród wielu miejscowych, przerzucających na kei worki z ryżem i inne towary, czekała na nas szczupła, opalona, bosa blondynka około pięćdziesiątki z twardym akcentem – Irina.

DSC_5714

Po wgramoleniu się na łódkę, Irina rzuciła nam kiść bananów i uprzedziła, że będzie głośno i żeby koniecznie rozglądać się na wszystkie strony, bo będzie PIĘKNIE. I tak właśnie zaczyna się przygoda z Iriną, dla której wszystko jest PIĘKNE, niesamowite i zachwycające. Trudno nie zarazić się jej entuzjazmem. Historia Iriny jest tak odjechana, że sami nie wymyślilibyśmy dziwniejszej: Irina pochodzi z Moskwy i z wykształcenia jest chemikiem (posiada doktorat z chemii fizycznej). Wykładała na uniwersytecie, a potem rzuciła naukę dla turystyki, stąd całkiem dobrze zna polski i rozumiała wówczas wszystkie nasze rozmowy. Nie raz była w Polsce (jako przewodnik), zaczęła podróżować dalej i bywać na Togeanach coraz częściej. Pewnego dnia usłyszała, że podupadły resorcik na jednej z plaż jest na sprzedaż i kupiła ten kawałek wyspy razem z rozklekotanymi chałupkami za 40 000 euro. Od tamtej pory bywa na Togeanach przez większą część roku. Nie nosi butów, nawet gdy chodzi do lasu, przygarnia psy i koty, które kręcą się koło jej domu i opieprza je po rosyjsku, gdy gryzą się nawzajem albo wchodzą na stół. Jako obsługę zatrudnia małżeństwo z pobliskiej wioski (Miltona – milczącego kapitana i jego cudownie gotującą żonę). Posiada licencję dive mastera i zużywa o ponad połowę mniej tlenu pod wodą niż przeciętny nurek (potwierdzone). Jej angielski jest prześmiesznie rosyjski, ma zachrypnięto-piskliwy głos, mówi najdłuższymi zdaniami, których wydaje się nie kończyć kropką, tylko oddzielać przecinkami, jest weganką i mimo że mieszka na Togeanach wiele lat, jej entuzjazm nie słabnie ani trochę i to jest coś, co wspominamy najcieplej. Irina ekscytuje się absolutnie wszystkim (Look at the sun! Take a photo! Jump!), robi bardzo dziwne rzeczy (Yesterday before midnight I went for a walk down the beach and saw a shiny plankton, it was SO BEAUTIFUL, I was swimming for an hour or so, the water was sparkling and the sky was so clean! – You were swimming in the middle of night? – Yes, I was swimming with the shiny plankton, you MUST see that tonight!). Zachowuje się, jakby znała cię dłużej, wdaje się w absolutnie bezpośrednie rozmowy (This guy seemed gay to me) i wydaje się być szczęśliwa, goszcząc u siebie różnych ludzi. Pewnego wieczoru graliśmy z Iriną w karty, przyczepiając sobie do ucha karne klamerki i pałaszując cukier palmowy. Myślałam wtedy, że to najfajniejsza osoba, jaką spotkaliśmy w podróży. Ja wiem, jak to brzmi. Ale to wszystko prawda.

DSC_5766

Łódź Miltona, podstawowy środek transportu Iriny na Togeanach. Poniżej kolor wody, w którym zakochałam się po uszy i którego nie mogłam uchwycić na zdjęciach tak jak chciałam, bo roztłukłam cholerny filtr polaryzacyjny przed dotarciem na Togeany.

DSC_5576

Sunset Beach – miejsce Iriny.

DSC_5793 DSC_5597 DSC_5605 DSC_5623

Świeżego kokosa?

DSC_6332

Gdy Irina powitała nas na kei w Wakai powiedziała, że strasznie cieszy ją to, że przyjechaliśmy dwa dni wcześniej, bo właśnie gości u siebie dwóch innych Polaków (chciałoby się rzecz: co za zbieg okoliczności!, ale w porównaniu do innego zbiegu okoliczności, o którym jeszcze opowiem, ten wypada blado). Polakami okazali się Ewelina i Łukasz, bardzo sympatyczni ludzie, z którymi niestety nie mieliśmy okazji spędzić zbyt dużo czasu, bo wyjeżdżali zaraz po naszym przyjeździe. Podrzuciliśmy ich na prom, a przy okazji odwiedziliśmy jedną z wiosek, zamieszkiwaną przez tak zwanych sea gypsies – koczowniczą grupę etniczną, której rząd indonezyjski funduje osiadły tryb życia w domach na palach i którzy są głównymi sprawcami postępującej dewastacji rafy koralowej Togeanów, gdyż… łowią ryby dynamitem.

DSC_5639 DSC_5631DSC_5670 DSC_5666 DSC_5678 DSC_5703 DSC_5689 DSC_5717 DSC_5741 DSC_5774 DSC_5777 DSC_5785

W Sunset Beach zajęliśmy domek najbliżej plaży. W pierwszej kolejności walnęliśmy się na hamaki. W drugiej odkryliśmy ogromnego pająka w naszym domku. W trzeciej – pokochaliśmy to miejsce całym serduszkiem i zapragnęliśmy nigdy nie wyjeżdżać.

DSC_5839 DSC_5819 DSC_5906 DSC_5900 DSC_5855 DSC_5858

Razem z Iriną i Miltonem wybraliśmy się w kilka ciekawych miejsc. Pierwszym z nich było Jellyfish Lake – słone jezioro, odcięte od morza x czasu temu i zasiedlone przez meduzy, które na drodze ewolucji utraciły zdolność parzenia. Już po naszej wycieczce, w innym resorcie, zauważyliśmy plakat „Save our Jellyfish Lake”. Czytając podpunkty, w głowach odbijały nam się echem radosne krzyki Iriny. Don’t touch the jellyfish – mówił plakat. Touch the jellyfish! – piszczała Irina. Don’t jump to the water – plakat. Jump to the water, they’ll come! – Irina. Całe szczęście nie zastosowaliśmy się posłusznie do złotych rad Iriny, choć niestety zdarzyło nam się delikatnie puknąć małą meduzę w odwłok.


Zaraz obok galaretkowego jeziora, znajdowała się absolutnie przepiękna Karina Beach, gdzie snorklowaliśmy bez mała ze dwie godziny. Spaliliśmy sobie odrobinę plecy, ale to NIC w porównaniu do obrażeń, jakie odniosły nasze unoszące się nad wodą tyłki – nie mogliśmy normalnie usiąść przez następne 3 dni. Polecamy snorklować w spodenkach.







Te „szare” rafy koralowe (jak na zdjęciu powyżej) są martwe. Bardzo dużo raf położonych blisko wiosek jest zniszczonych przez połowy, polegające na wysadzaniu dynamitu pod wodą. Brzmi niewyobrażalnie, ale będąc na Togeanach przez ponad tydzień, nie raz słyszeliśmy niosący się echem wybuch. Gospodarze ośrodków nurkowych przeklinają praktyki miejscowych, próbują ich edukować i inicjują jakieś programy edukacyjne, ale póki co rafa koralowa wokół Togeanów jest zagrożona przez samych rdzennych mieszkańców. Poziom edukacji na temat środowiska jest zresztą znikomy nie tylko w sferze połowów ryb – gdy płynęliśmy małym promem, ludzie wrzucali do wody przez burtę puste butelki i śmieci. Ręce opadają.

DCIM108GOPRO

Najbliżej Sunset Beach znajdowała się plaża Baracuda, na której też odrobinę snorklowaliśmy, ale głównie łaziliśmy po zaroślach, szukając ciekawych roślin i owoców.

DSC_5976 DSC_5982 DSC_5979 DSC_5986 DSC_5989 DSC_6010 DSC_6027 DSC_6042

Ananas – dzika odmiana.

DSC_6016

Odwiedziliśmy także maleńką wysepkę Taipi, na której „straszy” mały, opuszczony resort. Podobno dostęp do wyspy i transport niezbędnego towaru był zbyt trudny, aby miejsce funkcjonowało. Opłynęliśmy wysepkę dokoła, a ściana koralowa była niesamowita!

DCIM109GOPRO
DCIM110GOPRO
DCIM110GOPRO
DCIM110GOPRO
DCIM110GOPRO

Czas spędzony w Sunset Beach to był chyba najpiękniejszy etap Togeanów. Żadne miejsce, które później odwiedziliśmy, nie zapadło nam w pamięć tak bardzo jak właśnie pobyt u Iriny. Myślę, że wynika to z tego, że Irina naprawdę prowadzi to miejsce samodzielnie. Odbiera gości, spędza z nimi czas, bardzo się stara, atmosfera tam jest po prostu rodzinna. Wszystkie inne miejsca, które odwiedziliśmy były nieco większe, bardziej resortowe, czuliśmy się tam bardziej anonimowi, choć zawsze oprócz nas było zaledwie kilku innych gości. Sunset Beach to taki mini dom na tropikalnym końcu świata. Trzymaj się, Irina, wracamy niebawem!

DSC_6077 DSC_6082 DSC_6080 DSC_6107 DSC_6119 DSC_6128 DSC_6161 DSC_6171 DSC_6187 DSC_6254 DSC_6217 DSC_6312 DSC_6354

Pożegnanie z Iriną.

DSC_6370

Podsumowując: na Togeany dostaliśmy się etapami: Makassar – Rantepao (12h wygodnym autobusem), Rantepao – Tentena (20h masakrycznym autobusem), Tentena – Ampana (6h całkiem wygodnym vanem, transport publiczny wymaga przesiadki w Poso), Ampana – Wakai (4h normalnym promem, dwa razy krócej speed boatem). Alternatywą dla tej trasy jest samolot do Palu, autobus z Palu do Poso, a potem Ampany i dalej jak wyżej lub samolot do Gorontalo/Manado na północy Sulawesi, a stamtąd (z Gorontalo) całonocnym promem (podobno przeżycie samo w sobie, spanie na deskach i inne rozrywki) do Wakai. Trasę na Togeany można opracować z czterech portów lotniczych: z Makassaru, Palu, Manado i Gorontalo, ale nasze opcje były ograniczone, bo postanowiliśmy, że nie latamy w Indonezji innymi liniami niż Garuda i AirAsia. Jedno wiadomo na pewno: żadna opcja nie jest łatwa, nie jest szybka, nie jest wygodna. Ale było cholernie warto i choćby nie wiem co, wracamy na Togeany – mamy jeszcze kilka miejsc do zgłębienia z butlą tlenową.
  • Chcę tam! <3 Te uśmiechnięte buźki dzieci, hamaki, świezy kokos i całe palmowo-rafowe otoczenie w ten deszczowy wrocławski dzień bardzo mnie dobiły… 😉 Irina wydaje się być bardzo sympatyczną, szczęśliwą osóbką 😀 Strasznie szkoda rafy, co to w ogóle za pomysł z tym dynamitem. 🙁

    • Dzięki za komentarz! <3 Mnie też dobijają w deszczowe dni, listopad jest najgorszy 🙁 Ale, ale, mamy lato, nie czas na smutek nad wakacyjnymi zdjęciami! 😛

      • To bardziej zachwyt nad pięknem Togeanów! 😀 Idźmy w tę stronę. 😉 Pozdrawiam ciepło!