Skip to content

Togeany – część trzecia i ostatnia

Kiedy zostały 3 dni do końca naszego pobytu na Togeanach, spakowaliśmy plecak i ekipa Black Marlina podrzuciła nas na prom do Katupat – małej wioski na wyspie Katupat, nieopodal której zlokalizowany był nasz ostatni cel, Fadhilla Cottages.

DSC_7015 DSC_6997 DSC_7069

Półtoragodzinną podróż spędziliśmy z wyjątkowo sympatycznym Indonezyjczykiem, a tym samym promem płynęła z nami para z Niemiec, którą poznaliśmy jeszcze u Iriny. Na Togeanach drogi krzyżują się wszystkim podróżującym.

DSC_7042

Zdaję sobie sprawę, że opowiadałam tę historię wszystkim najbliższym znajomym, a szczególnie tym z medycyny, ale przecież anegdota jest tak zabawna, że na pewno warto opowiedzieć ją trzynasty raz! Otóż, tuż po spotkaniu, Irina powiedziała nam, że bardzo cieszy się, że przybyliśmy dzień wcześniej, bo akurat gości u siebie dwóch innych Polaków. Chłopak, którego poznaliśmy, okazał się być… studentem medycyny po czwartym roku (dokładnie tak jak ja!) na innej polskiej uczelni. Uznaliśmy to za niesamowity zbieg okoliczności, do czasu aż… poznani Polacy nie wyjechali, a przyjechała para z Niemiec, oboje studenci medycyny po czwartym roku w Hamburgu. Co więcej, płynąc na Togeany od drugiej strony, czyli promem z Gorontalo, spotkali oni na pokładzie jeszcze jedną dziewczynę – niespodzianka! Studentkę medycyny. Zgodnie ustaliliśmy, że pięciu studentów tego samego kierunku (i to na tym samym etapie studiów) na malutkich, trudno dostępnych Togeanach, na których w jednym momencie mogło przebywać może trzydziestu turystów, to sprawa bezprecedensowa. W Black Marlinie nurkowaliśmy z dwójką innych Niemców (strasznie dużo Niemców w Indonezji!), z którymi później gawędziliśmy przy kolacji. Kiedy opowiadali czym się zajmują, a chłopak oznajmił, że studiuje, zażartowałam. „Może medycynę?” Naprawdę nie było mi już do śmiechu, kiedy potwierdził i zapytał, skąd wiedziałam. Z Niemcami z Hamburga spotkaliśmy się jeszcze na małym promie do Katupat. Widzicie trójkę ludzi na drugim planie na zdjęciu powyżej? Blondynka to właśnie studentka z Hamburga, a para siedząca na ławce to – werble – jeszcze jedna para studentów medycyny z Niemiec, o czym dowiedzieliśmy się po opuszczeniu promu. Ośmiu studentów lekarskiego w takiej tropikalnej Koziej Wólce. Do dziś jestem pewna, że to musiał być jakiś dowcip.

DSC_7087 DSC_7095 DSC_7076 DSC_7107

Fahdilla była przyjemnym resorcikiem. Menadżer ośrodka wydawał się bardzo kompetentnym człowiekiem, pięknie rozmawiał po angielsku i miał super książki z fauną i florą raf koralowych, którą z nami przeglądał pewnego wieczoru. Z Fadhilli wybraliśmy się na snorkeling na rafę zwaną „Hotel California”, po drodze spotykając stado delfinów. Coś pięknego!

DSC_7151
DSC_7141
togeany
DCIM112GOPRO
snorkeling

Snorklowanie tam tylko utwierdziło nas w decyzji o rychłej licencji i powrocie tutaj z certyfikatem.

DSC_7170
DSC_7184
DSC_7194
DSC_7204
DSC_7210
katupat
DSC_7415

Jako że kilku gości Fadhilli, w tym my, pytało właściciela o występujące tu dość często największe na świecie kraby – zwane coconut crabs – postanowił wziąć nas na nocną przechadzkę po okolicy, gdzie grasowało podobno kilka małych osobników. Kraby te mogą osiągać ogromne rozmiary i jeśli niekoniecznie jesteście fanami stawonogów, lepiej nie wpisujcie w przeglądarkę. Chociaż kraby te nie mają żadnych naturalnych wrogów, żyją sobie na drzewach i schodzą na ziemię w poszukiwaniu pożywienia, ich populacja znacznie się zmniejszyła, gdyż same są przysmakiem lokalnej ludności. W wielu miejscach na świecie, gdzie kraby zostały prawie dosłownie wyjedzone, objęto je ochroną, ale Indonezja nie grzeszy zamiłowaniem do ekologii. Kraby można spotkać na wielu wyspach archipelagu Togeanów, ale osiągają raczej niewielkie rozmiary i nie dożywają starości.

togeanykatupattogeanykatupat

W Fadhilli spędzaliśmy czas – dla odmiany – huśtając się w hamaku, czytając książki i słuchając playlisty z GTA Vice City. Dzień przed naszym wyjazdem z Katupat, pożegnaliśmy Niemców i podziwialiśmy pastelowy zachód słońca z wybrzeża.

togeanyDSC_7300katupatDSC_7426

W dobry, optymistyczny czas wspominam Togeany z szerokim uśmiechem i jestem spokojna, że są bezpieczne, odległe i nieznane, a ja wrócę tam i będę nurkować w tych wszystkich pięknych miejscach, w których w tym roku nie mogłam. Kiedy jest mi gorzej, rozpaczam, że są tak daleko i że zanim znowu tam dotrę, dosięgnie je masowa turystyka.

Togeany dla mnie to szum fal, wdzierających się na plaże podczas gwiaździstych nocy i spokojna, turkusowa woda, odbijająca ostre słońce za dnia. To deptanie mokrego piasku tuż przy linii wody w poszukiwaniu świecącego planktonu po zmroku i Irina, przemierzająca boso las czy wołająca na lunch. To smak soli na ustach, przesuszona skóra i spalone słońcem ciało, które nie daje nocą spać w żadnej pozycji. Prysznice przy pomocy wiadra. Rozpuszczalna, niesmaczna kawa i słodka herbata do kolacji, grillowana ryba i cukier palmowy z dodatkiem mrówek. Powbijane w stopy maleńkie kawałeczki rafy, odcisk maski do nurkowania na czole i małe, paluszkowate banany. Wciskanie moskitiery szczelnie między materac a ramę łóżka i wypatrywanie ogromnych pająków przy użyciu latarki. Oczekiwanie na prąd, kiedy przez trzy godziny przed spaniem można podładować aparat i czytnik. To Tell me lies i Hotel California, piwo za 55k rupii i ssący głód po kilkugodzinnym pływaniu. Dźwięk silnika, napędzającego łódeczki na nartach, przemykające pomiędzy wysepkami. Zieleń palm, turkus wody i kremowy piasek. Bezkonkurencyjnie najpiękniejszy czas tego lata.

DSC_7321 DSC_7326